Najtrudniej jest pomagać bliskim osobom...które dotyka problem alkoholowy.
Obcy, pijany, leżący gdzieś tam, to czasami jednorazowa pomoc, która kończy się na wezwaniu odpowiednich ludzi.
A bliscy...to już większe wyzwanie.
Taka o to historia..
Mam znajomego, który zaczynał całkiem niewinnie, jak większość. Dla towarzystwa, piweczko, drineczek.
Ojciec trójki dzieci.
Potem widziałam, że każdego dnia ma przy sobie piersióweczkę i popija.
Rozmawiałam, tłumaczyłam. I nic.
Widziałam jak się staczał. Jak wygląda. Zarośnięty, cuchnący, posikany, zesra.y.
Żebrał pod sklepem aby się napić.
Nie był natrętny, szukał pomocy,ratunku. Wszyscy mu odmawiali. Bo pijak.
Spotkał mnie, było mu wstyd, ale poprosił mnie abym dała mu parę zł, bo musi się napić, nie że chce, ale musi.
Może dla niektórych bulwersujące, ale dałam mu, bo wiedziałam, że to jest silniejsze od niego i po prostu musi.
Następnego dnia szukałam go. Wiedziałam gdzie mogę go znalezć.
Próbowałam rozmawiać. Zgodził się na terapię.
Regularnie uczęszczał. Wstał na nogi, ogolony, wykąpany, czysty, trzeżwy, porządnie ubrany wygladał nieziemsko.
Do czasu, aż znowu nałóg okazał się silniejszy, klęknął po raz kolejny. Wpadł w ciąg. Totalne dno.
Wiedziałam, że ma w sobie na tyle siły, że warto walczyć. Nie zostawiłam go.
Wyraził zgodę na leczenie zamknięte. Czeka go długa droga i praca nad sobą, ale daje radę.
Wierzę, ze da radę. Miło jest patrzeć jak się *podnosi*.
Pomoc i wsparcie jest bezcenne. Czasami dla nas to tak niewiele, a dla kogoś to AŻ tak wiele...

