Zamiast porządki robić to będę wspominać prywatki, które pewnie pamiętają też moi rówieśnicy, ale co tam porządki
Z uwagi na ograniczenia czasowe, związane z brakiem możliwości wychodzenia z domu po godzinie 22 w okresie stanu wojennego życie towarzyskie przeniosło się z restauracji i kawiarni do małych mieszkań w blokowiskach.
I tak nieraz na około 50-ciu metrach odbywały się urodziny, imieniny, a zresztą zawsze można było powód do imprezowania znaleźć, a była nim zdana matura, czy też egzamin na studiach.
Wiadomo, że najważniejsze powody były zawoalowane, a najczęściej potrzebna była pomoc koleżance albo koledze, żeby się poznali, bo mieli się ku sobie, ale mieli problem, bo się albo nie znali albo nie mieli odwagi, żeby się zapoznać. A później wiadomo były rocznice ile trwała przyjaźń, albo były łzy po rozstaniu, które trzeba było osuszyć, albo zneutralizować odrobiną wykwintnego truneczku.
Najważniejszą imprezą oczywiście był Sylwester u koleżanki lub u kolegi, bo nie było możliwości powrotu z wiadomych względów po północy do domu, tylko trzeba było imprezować do rana.
Powierzchnia mieszkania niewielka, ale nikt nie narzekał. Nie wszyscy mogli usiąść wygodnie za stołem, bo nie było tyle miejsca, ale była ciągła wymiana, jedni siedzieli przy stole, po czym zamieniali się miejscami z tymi, którzy byli na parkiecie, albo przyjemnie było usiąść na kolanach u fajnego kolegi
Do tańca wystarczył mały, wolny kawałek podłogi i obojętnie gdzie, czy to w przedpokoju czy też kuchni. Tańce nie odbywały się jedynie w łazience, bo było za mało miejsca i tylko można byłoby się kontuzji nabawić.
Nie było cateringu, wszyscy zaproszeni goście przynosili ze sobą tak zwaną „wejściówkę”, a najczęściej były to dania przez nich przygotowane. Stół uginał się od pysznych wędlin, sałatek, grzybków, śliweczek czy też dyni w occie, ciast domowej roboty i oczywiście wyśmienitych truneczków.
Teraz wszystko musi etykietkę, datę ważności albo stempel odpowiednich służb, a wtedy nikt o tym nie myślał i cóż może jedynie nadmiar spożytych „procentów” mógł zaszkodzić…
Nie były potrzebne duże powierzchnie, jak salony, sale balowe, restauracje czy też kawiarnie, żeby wszyscy świetnie się bawili. I był śpiew, muzyka, czasami grał ktoś na gitarze, opowiadaliśmy dowcipy i różne śmieszne historie z życia…
To były moje piękne, szalone prywatki, a teraz będzie muzyczna:
Wojciech Gąssowski - Gdzie się podziały tamte prywatki
https://www.youtube.com/watch?v=oJTL_CstQwM


