Chyba termicznym
Ta, uśmiechnęła się, ale przygoda. Poczułam się jak w dzieciństwie, gdy zamiast wracać ze szkoły prostą, normalną drogą, to wracałam przez łąki, gdzie trzeba było pokonać rzeczkę, na której czasem kładka była, a czasem nie, loteria.

Tak i dziś znudził mnie spacer znaną, leśną drogą i postanowiłam skręcić w nieznaną. Ta się po jakimś czasie skończyła, bo był to dojazd do leśnego poletka, a że nie chciało mi się wracać, a kierunek do innej drogi znałam, to poszłam ścieżkami zwierzęcymi, przez chaszcze i chabazie w dzikie ostępy, a raczej dzicze.
Wydawało mi się, że już blisko jest ta droga, co do niej chciałam dojść, bo widziałam prześwit, ale okazało się, że to była rzeczka.

Niby wąska, przeskoczyłby, ale brzegi błotniste. Na szczęście w pobliżu było zwalone drzewo, to dawaj do niego się przedzieram. Drzewo dość grube, ale omszałe, łatwo się ześliznąć. Trzeba wykombinować jakąś podporę. Na szczęście w lesie badyli nie brakuje.

Przeszłam o suchej nodze, towarzyszka przeskoczyła, ale w błoto wlazła i wali teraz szlamem jak rasowy dziki zwierz.

Za to ewidentnie szczęśliwa.

Jeszcze chwilę się musiałam poprzedzierać przez gęstwiny leśne, ale wyszłam tam gdzie się spodziewałam.
A mogłam sobie dostojnie kroczyć po leśnym, utwardzonym dukcie.

Także tego, a teraz biorę się za gotowanie kapuśniaku.
