Z życia pewnej kamienicy :)
Proszę by każdy nowy wątek rozpoczynał się wierszem. Najlepiej by to był wiersz autora wątku, ewentualnie wiersz na temat sanatorium.
Uwaga! Jeśli wstawiacie czyjąś twórczość, pamiętajcie, że powinniście posiadać zgodę autora lub właściciela praw na publikację. To bardzo ważne.
Proszę też by nie tworzyć tu wątków, które bardziej pasują do działu "Na każdy temat". Niech ten dział będzie wyłącznie związany z twórczością sanatoryjnych poetów
Poza tym obowiązują wszystkie zasady z regulaminu ogólnego pisania postów na forum dostępnego tu viewtopic.php?t=10
- Cygana
- Super Kuracjusz

- Posty: 591
- Na forum od: 18 lut 2018 00:29
- Oddział NFZ: Wielkopolski
- Staż sanatoryjny: 4
- Podziękował: 1 raz
- Podziękowano: 2 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
- ANDY12345
- Super Kuracjusz

- Posty: 19837
- Na forum od: 26 maja 2018 11:42
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 3
- Podziękował: 4 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
- malgorzatas
- Przyjaciel forum

- Posty: 58950
- Na forum od: 16 lis 2013 14:16
- Oddział NFZ: Wielkopolski
- Staż sanatoryjny: 6
- Podziękował: 1 raz
- Podziękowano: 2 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Cygana
Wszystkich pozdrawiam i życzę spokojnej niedzieli....więcej w innym temacie
- BozenaMat
- Super Kuracjusz

- Posty: 6423
- Na forum od: 24 lip 2018 18:32
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 2
- Podziękował: 7 razy
- Podziękowano: 45 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
- BozenaMat
- Super Kuracjusz

- Posty: 6423
- Na forum od: 24 lip 2018 18:32
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 2
- Podziękował: 7 razy
- Podziękowano: 45 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Cholibka (jak to nasza kochana Florcia mawia) mknie ten czas jak Pendolino albo nawet TGV. Dopiero co Marianek został zaobrączkowany… a już łazi po osiedlu i wszem i wobec głosi…. że On z Manią to już stare dobre małżeństwo. I jeszcze rady koleżkom udziela, jakby jakimś ekspertem w tej dziedzinie został. Taki z Niego ekspert, jak nie przymierzając z Jadzieńki diva operowa. Wprawdzie godzinki czy inne maryjne pieśniczki wychodzą Jej całkiem całkiem, ale przy divie to Jadzieńka nawet nie stała. Tym bardziej Marianek z eksperta to ma co najwyżej eks
W sumie to tylko to małżeństwo się zgadza, chociaż jak tak dalej pójdzie, to i ono gruchnie jak dąb powalony przez te trąby powietrzne, co to ostatnio przewalają się przez nasz pikny kraj. Ani chybi Marianek gotów wrócić w stan kawalerski. Wprawdzie z odzysku, ale zawsze to coś.
Tak więc małżeństwo na razie jest, ale stare to ono z pewnością nie jest, bo trzymiesięczne to stare może być co najwyżej mleko. Dobre tym bardziej nie… bo od tygodnia Marianek biwakuje u Alego, a Mania chodzi jak chmura gradowa i już sama nie wie w kogo rzucić piorunem gniewu. A wszystkiemu winny proszony obiad. A miało być piknie, ładnie i przyjemnie… a wyszło jak zawsze. Ale co się dziwić? Jak dwie baby kochające Marianka znajdą się w jednym pomieszczeniu, to apokalipsa gotowa.
Nie wiem czy ten stan rzeczy za bardzo nie przypadł Mariankowi do gustu, bo jakoś skwaszonej miny to nie miał ….baaaa. Mogę nawet rzec, że jakaś dziwna euforia malowała Mu się na pycholu. A przyglądałam Mu się dobą godzinę, bo wybrałam się do Gieni, a że dziewczyny nie było, tom se przysiadła u Alego i czekałam. W tym czasie Marianek obalił jedno piwko… Ali zdążył upichcić makaron z jakąś tam wkładką. Nie dociekałam co było tą wkładką, wolałam nie wiedzieć czy aby znów Ali nie upolował gołębia, co to pan Jasiu z tej kamienicy naprzeciwko hoduje za osiedlowymi garażami. Ali co jakiś czas robi wypad z mieszkania i wraca z jakimś mięsiwem. Tyle razy Mu się tłumaczyło, że tu nie Czarny Ląd, że nie lata się z łukiem czy tasakiem i nie szlachtuje co popadnie. Ale nie…. można gadać. Ali tylko wybałuszy ślipia, przewróci nimi i mamrocze…. I don't understand. Akurat nie rozumie… On tam dobrze już rozumie, ale tylko to co chce i co Mu pasuje. Wreszcie machnęliśmy ręką i niech se robi co chce. Dzieckiem nie jest, sam odpowiada za swoje niecne czy nie…. czyny.
Tak więc siedziałam sobie u Alego… od słowa do słowa i… już byłam obeznana w całej Mariankowej przygodzie. Tylko teraz to nie wiem czy aby Marianek sam nie nakręcił wszystkiego, by choć przez chwilę uwolnić się z okowów małżeńskich i móc swobodnie rozkoszować się napojem chmielowym. Bo wiadomo… od maja spożycie tego trunku przez Marianka drastycznie spadło i chłopina wręcz poczuł się odwodniony i pozbawiony chmielowych mikroelementów. A jak wiadomo odwodnienie niekorzystnie odbija się na człeku…. to być może było ono powodem, że Marianek sromotnie zawiódł swą połowicę i nie zrobił tego, co tak żarliwie przyrzekał przed całą kamienicą… o zaprzyjaźnionym księdzu nie wspomnę. I tu proszę nie pędzić myślami w stronę małżeńskich sypialnianych obowiązków, bo owszem… te to Marianek wypełniał bardzo żarliwie… chodzi o lojalność i stanie za swą połowicą murem… czy dobrze czy źle, trza było stać jako ta opoka.
A co do uroczystości zaślubin w obecności księdza, to Marianek li tylko dlatego zgodził się na takie hece klocki, by swej matuli do grobu w dniu ślubu nie wpędzić. Wiadomo, że wysłanie rodzicielki w takim dniu do Św. Piotra wlokło by się za Mariankiem po kres żywota…. Jego oczywiście, a nie matuli i było by łokrutnym cieniem na tej nowej drodze, co to z Manią rozpoczął. Tak więc choć Marianek żadnego parcia, by ślub brać w obecności księżula nie czuł… poszedł z matulą na ugodę i stanął przed tym w sukience. Ubyć Go nie ubyło, a matuli niebotyczną radość sprawił. Ależ ten nasz Marianek to jednak poczciwina….
Wracając do tematu….. otóż tydzień temu Marianek z Manią udali się na niedzielny obiadek do Marianka mamusi. Dotychczasowe obiadki przegiegały w miarę spokojnie… jakoś Marianek wykazywał się cechą dyplomaty i łagodził spięcia między tymi dwiema kochającymi Go kobietami. Tym razem albo miarka się przebrała….. albo chłopina postanowił odpocząć od niewiast, bo wręcz prowokował je do spięć. A to skrytykował rosołek mamusi mówiąc, że Mania robi lepszy…. A to robił docinki Mani, że makaron mamusi jest smaczniejszy… i tak co rusz. Wreszcie Mania wstała, łypnęła na Marianka i wyszła bez słowa… a chłopina już w spokoju dokończył rosołek. Ale później doczłapawszy do kamienicy spokoju już nie zastał. Mania małżonka do mieszkania nie wpuściła, baaaaaa….. wywrzeszczała, że jak wikt woli mamusi, to niech i na opierunek mamusi przejdzie. Marianek jakoś zbytnio nie kwapił się by ugłaskać Manię… odwrócił się i w try miga pofrunął do Alego. Pewnikiem by zadomowił się u mnie, ale akurat od paru dni koczuje u mnie Jureczek, bo coś tam remontują u Niego w kamienicy i spać sirota nie może. Więc przygarnęłam bidoka, a że mieszkanie nie z gumy, to Marianek żadną miarą miejsca już nie znalazł. No i dobrze… jakoś nie uśmiechało mi się, by mieć pode drzwiami od rana do wieczora jazgot Manii. Wystarcza, że mamusia Marianka wydzwania do mnie 3 razy dziennie… i nadaje, że synowa to Jej się nie udała. Tak mnie to trzepło, że wczoraj wyłączyłam telefon i wreszcie mam święty spokój. Jak trza gdzieś dzwonić, to Jureczek ma telefon i wiadomo….. chłopina zawsze był uczynny, to i teraz czasem użyczy tego łącznika ze światem.
I tak to siedziałam sobie u Alego, słuchałam opowieści Marianka, patrzyłam na pichcącego Alego i…. pomyślałam, że jednak ta nasza kamienica ma super lokatorów
- malgorzatas
- Przyjaciel forum

- Posty: 58950
- Na forum od: 16 lis 2013 14:16
- Oddział NFZ: Wielkopolski
- Staż sanatoryjny: 6
- Podziękował: 1 raz
- Podziękowano: 2 razy
-
forumowicz
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Witajcie kochani. Wiem, wiem dałam ciała znikając tak nagle na tak długo ale powiem Wam , że przychodzi taki moment w życiu żółwia, że jak nie schowa głowy do skorupki i nie zrobi kroku w tył to komuś coś urwie. Lub dołoży.
Wesele Marianka przebiegło w tak pozbawionej katastrof atmosferze, że aż miałam nad ranem ochotę coś samodzielnie rozpętać. Miód zlewał się z dziubków młodej pary, wytańczyliśmy się do białego rana. Pod gołym niebem, z gwiazdami w tle. Co prawda Marianek tęsknym wzrokiem popatrywał w kierunku stodoły i znanego sprzętu ale łańcuszek na łydce trzymał mocno. Ewidentnym hitem wieczoru okazała się jednak Jadzieńka, która odkryła swoje nowe powołanie – taniec na stole… jak pamiętacie kiedyś próbowałam i standardowo wylądowałam na tylnej części ciała. Centralnie.
Hitem wesela była fotobudka – te zdjęcia kochanych pycholi do chwili obecnej poprawiają mój stan psychofizyczny do tego stopnia, że rechoczę sama do siebie patrząc na zachowane w kadrze chwile.
A potem wyjechałam na trochę, ludziska mówią ,że nawet w najweselszej osobie drzemie jakaś malutka depresja – zwykle ma różne kolory chociaż jak przybiera czarny przestaje być wesoło. Mnie dopadła taka w kolorze rdzawym, przybierając postać zmęczenia i braku wiary w siebie i ludzi , zasypiała i budziła się od czasu do czasu aż przypadkiem drugiego dnia po weselu drapnęła tak jakby mocniej.
Walizki spakowałam, cichutko się wymknęłam aby dobrym duszom nie namieszać w głowach i nieco pokolorować swój świat. Skoro jestem to chyba proces kolorowania udał mi się nieco. A kolory najpiękniej potrafi pomalować przyjaźń, taka cicha, nie narzucająca się, czekająca aż sama otworzysz kuferek z problemami aby je jeden po drugim połamać i do kosza wyrzucić. Nie osaczająca , nie oceniająca , otulająca a jednocześnie pionizująca pochylone ciało. Zapominająca o własnych problemach i cierpliwie słuchająca , pijąca z Tobą kawę bez słowa a jednocześnie ze słów milionem. To tak jakby wstać z wózka i nauczyć się chodzić o kulach, zrobić krok do przodu aby w końcu pobiec.
I tak Florka odkryła, że oddycha. A jak już oddech wrócił do normy to i zaczepno obronny charakter również.
Przyjechałam pod kamienicę cichutko, z Rolmopsiem , którego ogon z radości kręcił takiego młynka , że prawie odpadł , bardzo wczesnym rankiem, popatrzyłam jak wstające słońce odbija się w oknach na pierwszym piętrze, poczułam zapach jajecznicy z okna Andrzeja rannego ptaszka, po chwili wylądowałam w ramionach Bożenki jak zwykle zasuwającej rankiem na kijki , otoczyły mnie znajome zapachy starego drewna, kurzu, wilgoci, setek mieszających się zapachów potraw, mirry palonej w mieszkaniu Jadzieńki, jakieś dziwne śpiewy z mieszkania Alego….cholibka nareszcie w domu…Jak zaczęłyśmy się witać to wylegli wszyscy…zaspani, w wałkami na głowie, w starym szlafroku , nawet nowa, niesamowicie przyjazna buzia mi mi zamajaczyła na parterze…jestem w domu.
Jak już ruszę swój nieco zmęczony umysł do działania to działam. Kamienica już wie o powrocie, ja nie wiem co u nich po tym outsiderskim wypadzie. Pora ogarnąć temat zapomnianych imprez. Ale przedtem to ruszę w tango z wodą, wszelkim zapleczem środków czyszczących co by nieco zapyziałe mieszkanie do stanu używalności doprowadzić. I lodówkę na przywitanie gości wiktuałami zabezpieczyć. I zadbać o procenty , ot ciut ciut na rozkręcenie głowy , myśli, odnóży. Mieszkanie w kamienicy gdzie każdy zna się jak tak jak my ma jeszcze jedną dobrą stronę, nikt nie wezwie dzielnicowego po 22 bo przecież wszyscy są na tej konkretnej, wesołej imprezce.
A zresztą...biedak po tym jak nie po zgłoszeniu wyszedł z imprezki o 3 nad ranem, trzymając pod pachą słoik marynowanych leszczy (dzieło kulinarne mamy Marianka) i garnek z domowym smalcem ryzykując autorytet ba, nawet stanowisko raczej po 22 się u nas nie pojawi. No nic, ogarniam chatę i czekam na gości.
