Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 11 sie 2019 06:58
autor: ANDY12345
Cześć Cygano

, tak dawno nikt nie zaglądał, że postanowiłem sprawdzić co się dzieje podczas urlopów, no i wyszło że wszyscy w rozjazdach

, a ja będę próbował po wakacjach, tylko że mam czas ograniczony i zobaczymy co z tego wyjdzie

... sprawy, sprawy, sprawy, a myślałem że jak się skończy szkołę to więcej czasu będzie

, miłego dnia

Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 11 sie 2019 09:27
autor: malgorzatas
Witajcie mieszkańcy Kamienicy...
Cygana

nas odwiedziła ..dobrze że dała znać o sobie....
Wszystkich pozdrawiam i życzę spokojnej niedzieli....więcej w innym temacie

Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 11 sie 2019 11:52
autor: ewasz
Witam lokatorów kamienicy

Miłej niedzieli


Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 11 sie 2019 12:15
autor: BozenaMat
Ależ co poniektórzy to ranne ptaszki, a
Cygana to nawet Nocny Marek

A ja południowo witam i życzę udanej niedzieli

Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 11 sie 2019 16:26
autor: ANDY12345
Bo do miłego domku zawsze jest ochota wracać

, dzięki Bożenko

Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 11 sie 2019 17:56
autor: forumowicz
Florka wraca do domku...
Witajcie kochani. Wiem, wiem dałam ciała znikając tak nagle na tak długo ale powiem Wam , że przychodzi taki moment w życiu żółwia, że jak nie schowa głowy do skorupki i nie zrobi kroku w tył to komuś coś urwie. Lub dołoży.
Wesele Marianka przebiegło w tak pozbawionej katastrof atmosferze, że aż miałam nad ranem ochotę coś samodzielnie rozpętać. Miód zlewał się z dziubków młodej pary, wytańczyliśmy się do białego rana. Pod gołym niebem, z gwiazdami w tle. Co prawda Marianek tęsknym wzrokiem popatrywał w kierunku stodoły i znanego sprzętu ale łańcuszek na łydce trzymał mocno. Ewidentnym hitem wieczoru okazała się jednak Jadzieńka, która odkryła swoje nowe powołanie – taniec na stole… jak pamiętacie kiedyś próbowałam i standardowo wylądowałam na tylnej części ciała. Centralnie.
Hitem wesela była fotobudka – te zdjęcia kochanych pycholi do chwili obecnej poprawiają mój stan psychofizyczny do tego stopnia, że rechoczę sama do siebie patrząc na zachowane w kadrze chwile.
A potem wyjechałam na trochę, ludziska mówią ,że nawet w najweselszej osobie drzemie jakaś malutka depresja – zwykle ma różne kolory chociaż jak przybiera czarny przestaje być wesoło. Mnie dopadła taka w kolorze rdzawym, przybierając postać zmęczenia i braku wiary w siebie i ludzi , zasypiała i budziła się od czasu do czasu aż przypadkiem drugiego dnia po weselu drapnęła tak jakby mocniej.
Walizki spakowałam, cichutko się wymknęłam aby dobrym duszom nie namieszać w głowach i nieco pokolorować swój świat. Skoro jestem to chyba proces kolorowania udał mi się nieco. A kolory najpiękniej potrafi pomalować przyjaźń, taka cicha, nie narzucająca się, czekająca aż sama otworzysz kuferek z problemami aby je jeden po drugim połamać i do kosza wyrzucić. Nie osaczająca , nie oceniająca , otulająca a jednocześnie pionizująca pochylone ciało. Zapominająca o własnych problemach i cierpliwie słuchająca , pijąca z Tobą kawę bez słowa a jednocześnie ze słów milionem. To tak jakby wstać z wózka i nauczyć się chodzić o kulach, zrobić krok do przodu aby w końcu pobiec.
I tak Florka odkryła, że oddycha. A jak już oddech wrócił do normy to i zaczepno obronny charakter również.
Przyjechałam pod kamienicę cichutko, z Rolmopsiem , którego ogon z radości kręcił takiego młynka , że prawie odpadł , bardzo wczesnym rankiem, popatrzyłam jak wstające słońce odbija się w oknach na pierwszym piętrze, poczułam zapach jajecznicy z okna Andrzeja rannego ptaszka, po chwili wylądowałam w ramionach Bożenki jak zwykle zasuwającej rankiem na kijki , otoczyły mnie znajome zapachy starego drewna, kurzu, wilgoci, setek mieszających się zapachów potraw, mirry palonej w mieszkaniu Jadzieńki, jakieś dziwne śpiewy z mieszkania Alego….cholibka nareszcie w domu…Jak zaczęłyśmy się witać to wylegli wszyscy…zaspani, w wałkami na głowie, w starym szlafroku , nawet nowa, niesamowicie przyjazna buzia mi mi zamajaczyła na parterze…jestem w domu.
Jak już ruszę swój nieco zmęczony umysł do działania to działam. Kamienica już wie o powrocie, ja nie wiem co u nich po tym outsiderskim wypadzie. Pora ogarnąć temat zapomnianych imprez. Ale przedtem to ruszę w tango z wodą, wszelkim zapleczem środków czyszczących co by nieco zapyziałe mieszkanie do stanu używalności doprowadzić. I lodówkę na przywitanie gości wiktuałami zabezpieczyć. I zadbać o procenty , ot ciut ciut na rozkręcenie głowy , myśli, odnóży. Mieszkanie w kamienicy gdzie każdy zna się jak tak jak my ma jeszcze jedną dobrą stronę, nikt nie wezwie dzielnicowego po 22 bo przecież wszyscy są na tej konkretnej, wesołej imprezce.
A zresztą...biedak po tym jak nie po zgłoszeniu wyszedł z imprezki o 3 nad ranem, trzymając pod pachą słoik marynowanych leszczy (dzieło kulinarne mamy Marianka) i garnek z domowym smalcem ryzykując autorytet ba, nawet stanowisko raczej po 22 się u nas nie pojawi. No nic, ogarniam chatę i czekam na gości.