Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 29 sty 2020 17:50
Kurcze....... nie mogę złapać tej poduchy...... a no nic. Marianek mi przyniósł starą kapotę...... jakoś dotrwam do wieczora 
Forum kuracjuszy, wyraź opinie o sanatoriach, poznaj opinie innych kuracjuszy nawiąż znajomość. Planujesz wyjazd do sanatorium, wysyłasz tam dziecko? Sprawdź informacje na temat swojego uzdrowiska. Porozmawiaj na tematy związane z leczeniem w sanatorium.
https://www.nasze-sanatorium.pl/forum/
mea culpa, mea culpa.....
Czarodziej pisze: 29 sty 2020 06:16 czasami ,BA !!!, przeważnie tak jest z facetami....
naobiecują i....nie realizują...
no właśnie..wiedziałem, że chyba się tak to skończy....i " budiet stydno"....
jest i ratunekmalgorzatas pisze: 29 sty 2020 09:54 Bożence przyniosłam poduszkę żeby wilka nie dostała od tego siedzenia na schodach
..do rana, plisssssssssss
Dzień DobryBozenaMat pisze: 29 sty 2020 17:50 Kurcze....... nie mogę złapać tej poduchy...... a no nic. Marianek mi przyniósł starą kapotę...... jakoś dotrwam do wieczora![]()

tratatatataBozenaMat pisze: 30 sty 2020 09:08 znów nie napisał które rano........ i tak przyjdzie mi kwitnąć, aż uwiędnę![]()
Wracam do mieszkania... mam dość schodów. Zostawiam trąbkę, jak coś to mnie budzić
..księżyc powoli wyłaził na nieboskłonie , nieśmiało bladą poświatą otaczając pobliskie krzaczory..
Zamyślił się, co nie zdarzało mu się zbyt często, próbując przypomnieć sobie co Jureczek mu opowiadał o swoich szczecińskich sprawach , ostatnio gdy się widzieli…zaraz , zaraz…
Zmarznięty, odpłynął w poszukiwaniu zapamiętanych szczegółów dotyczących sąsiadów Jureczka ..szczególnie intensywnie myślał o tym , o czym podsłuchał Jureczek, a co było nikomu po za nim samym i księżulem, nieznaną tajemnicą - arystokratycznym pochodzeniem Pani Jadzieńki… niezła historia , takie to tylko w „holiłódzkich” filmach bywają…
cdn.
Wszystko zaczęło się w czasie drugiej wyprawy napoleońskiej ..Była to inwazja na Rosję (1812), oficjalnie zwana drugą wojną polską rozpoczęta 24 czerwca, zakończona 25 grudnia 1812 roku..
Przodkowie Jadzieńki mieszkali we dworze pod Kownem, pochodzili z zubożałej szlachty, jednak ich nędzny status materialny, powodował to - że w zasadzie niczym się od ówczesnych chłopów zbytnio nie różnili…no może po za jednym…z dumą opowiadali o swoich przodkach, z najodleglejszych czasów zwłaszcza przy wieczerzy…takie tam -nocne Polaków rozmowy….
Pod opieką właściciela , który przygarnął praprzodków Jadzieńki pod swój dach , zapewniając im wikt i opierunek, mieli zajmować się i zarządzać pracami w stajni i oborze…
Pałac wyjątkową aurę zawdzięczał stworzonemu przez szlachcica Józefa Godlewskiego zespołowi dworskiemu we Fredzie Górnej, z którym wiążą się pikantne legendy.
Freda notowana w źródłach historycznych od XV w. dawniej była zwykłą wsią o drewnianej zabudowie, obecnie to jedna z dzielnic Kowna. Grunty Fredy w 1799 r. zostały nabyte przez szlachcica J. Godlewskiego, który w krótkim czasie zbudował tu zdobiony kolumnami pałac w stylu klasycystycznym, zagospodarował oraz założył park ze stawami.
Osobowość założyciela zespołu dworskiego we Fredzie Górnej otaczają różnorodne legendy. Powiada się, że pochodzący ze Żmudzi Godlewski nie ukończył nawet gimnazjum, a majątek zgromadził wykorzystując zawirowania polityczne. Długo pozostający kawalerem szlachcic ożenił się dopiero w wieku 64 lat, a jego żoną została o 45 lat młodsza dziewczyna.
Tworzony przez Godlewskiego dwór odzwierciedlał osobowość gospodarza. Pod budowę pałacu szlachcic wybrał najwyższe miejsce w posiadłości, a z balkonika na piętrze pałacu otwierały się wspaniałe widoki parku. W posiadłości dworskiej grywała i bawiła gości utrzymywana przez Godlewskiego orkiestra, składająca się z 32 muzyków, z kolei miłość gospodarza do muzyki znalazła odbicie również w wystroju pałacu – ściany i sufity salonu ozdobiono motywami instrumentów muzycznych wplecionymi między rośliny.
Na prośbę Godlewskiego w parku dworskim zostały wykopane dwa stawy, przypominające kształtem inicjały gospodarza – litery J i G. Na Litwie jest to bodajże jedyny taki znany przypadek uwiecznienia swojej osoby przez ziemianina. Obok jednego ze stawów Godlewski kazał zbudować drewniany dworek, w którym mieszkały najpiękniejsze chłopki z jego włości. Był on tu częstym gościem, a dworem nazywano „domkiem kochanek”.![]()
![]()
Niedługo na terenie zespołu dworskiego pojawiły się : stajnia, łaźnia, a dla potrzeb duchowych mieszkańców również cerkiew.
W trakcie wspominanej wcześniej wyprawy Napoleona na Moskwę ,zarówno dwór jak i gospodarstwo zostało na „ potrzeby Armii” pozbawione wszystkich cennych rzeczy , zapasów i inwentarza, po mimo tego iż sam właściciel sprzyjał Cesarzowi…takie to trudne czasy wojenne…mało tego…we dworze ostał się poważnie ranny w którejś z potyczek, jeden z francuskich oficeryjów..ze swoją szkapiną, którą łaskawie mu pozostawiono , gdy już wydobrzeje, aby miał się na czym rehabilitować….
Armia Napoleona była jak mityczna wieża Babel ,służyli w niej oprócz Francuzów także Włosi, Flamandowie, Niemcy i Polacy i inne pomniejsze nacje.
Ranny oficer pochodził z Flandrii i posługiwał się niewielką ilością czysto francuskich słów, nikt nie mógł go za bardzo zrozumieć…
Właściciele majątku w obawie przed niedogodnościami życiowymi wyjechali do drugiego majątku na Mazowszu ,w okolicach Płocka, a zubożali przodkowie Jadzieńki znali francuski ..ale dość słabo…
Do opieki nad rannym została przydzielona Helena, praprapraprababka naszej Jadzieńki…dziewczę młode liczące 16 roków wtenczas…smukłej kibici, z wszystkimi walorami , które wylewały się aż nad to, stąd i z tamtąd…
Oficer miał pogruchotaną nogę , którą niby to poskładała miejscowa baba.
Z powodu barier językowych wynikało wiele nieporozumień…jako , że jego izba przylegała do chlewika świńskie chrum, chrum i łi łi prosiaków słychać było nieustannie…Co by Helenka do niego nie zagadała to on ci bez przerwy jak mały prosiak…qui qui qui i tak w kółko…znakiem tego umyślili, że wyjątkowo cenił sobie wieprzki więc paśli go świniną bez przerwy….aż mu się bekało.. Helenkę zastanowiły jednak i to dość szybko, jego specyficzne wymagania kulinarne.. a coś tam wiedziała, że francuska kuchnia słynie w świecie z różnorodności…za każdym razem gdy się z nią witał na dzień dobry wołał: „bonżur” i uśmiechał się szelmowsko, po czym gderał w tej swojej niezrozumiałej flamandzkiej gardłowej mowie….
Wieczorami cała familija wymyślała czym to karmić tego odmieńca, a jako że sezon zbiorów i plonów był w pełni, skoro Francuz wciąż niefrasobliwie się domagał.. postanowili zaryzykować i….o Święta Heloizo…. Nagotowali staropolskiego żuru i…dodali do nie go wyłuskanego bobu zwanego potocznie bonem.. a co tam , chce, niech żre…i tak podano mu kowieński posiłek…zupę „ bon z żurem na zakwasie, czyli to o czym ciągle od rana wspominał -bonżur… ciężkie czasy nastały dla wojaka….pasiony codziennie tym „bonżurem” długimi godzinami okupować li zaczął wygódkę, tak widać cierpiał okrutnie bo odgłosy dochodzące z tego przybytku, niechybnie podobne były do huku armat bitewnych….
brawo Majka