Koronawirusa następstwa - artysta i witraż , jajecznica i zielona latarenka...
To, że COVID szaleje i chociaż dla niektórych to mały pikuś to jednak w Bagatelce małego zamieszania narobił. Okres kwarantanny nas ludzi tylko z pozoru poukładanych z jednej strony lekko postawił pod ścianą z drugiej scalił mieszkańców i pozwolił zrozumieć jak fajną grupę tworzymy. Aby nie było tak różowo po paru tygodniach wspólnego przebywania trochę nam się mózgi zlasowały tym bardziej, że spotkań "na kawę" z reguły kawy uczestnikom nie serwowały.
Tak czy owak tak wybitnym i aktywnym jednostkom jak nasi mieszkańcy ta swoista izolacja nieco zamąciła w głowach. Niektórym bardziej niż zwykle.
Marianek zaczął nauczać kocura tajników produkcji bimbru, ubrany w swój galowy gajerek i krawat we wściekle fioletowe prążki z miną profesora nadzwyczajnego i powagą na rumianym obliczu (oj przytyło mu na żoninym wikcie

wpajał wiedzę w Bogu ducha winne stworzenie , które ze stoickim spokojem lizało sobie...no wiecie to co koty liżą w sytuacjach kiedy im wszystko jedno.
Majka szalała z kolorem włosów - co tydzień jawiła się na korytarzu a to w różowych a to w błękicie ale pobiła wszystko farbując się na platynowy blond i paradując w sukience w kropki...Marylin od siedmiu boleści. Ocenialiśmy każdy kolorek grupowo aż w końcu wróciła do swojego naturalnego czekoladowego brązu ze łzami w oczach nakładając tą właściwy i korzystny chociaż nieco nudny kolorek. Finalnie zaczęła chodzić w dwóch różnych skarpetkach ale do różnych wybryków Majeczki już się przyzwyczailiśmy.
Cygana z Małgosią rozpoczęły namiętną hodowlę wszelkiego rodzaju roślinek - czego my tam na tych naszych parapetach nie mieliśmy i ziółka (tylko te legalne chociaż nie mam gwarancji co tam w zaciszu się działo bo jakoś tak zaczęło czasami korki wywalać...) pietruszeczka, koperek i szczypior co zaowocowało akcją Gieni i robieniem wspólnej porannej jajecznicy w holu. Czego myśmy tam nie wrzucali, jajecznicę w 100 wydaniach mamy w jednym palcu. Jajeczka dostarczał ze znanych sobie zakamarków ulubionego bazarku Andy toteż zawsze pierwsza łycha lądowała na jego talerzu. Bożenka piekła bułeczki drożdżowe, cholibka człowiek wciągał dwie trzy takie bułeczki z lubością...
Zaczęliśmy palić fajki wodne o wdzięcznej nazwie szisza, wężyk co prawda był lekko zdezelowany ściągnięty Bóg wie skąd ale co tam...ułożeni wygodnie na poduchach delektowaliśmy się dymkiem z rozkoszą....
Dymek wpłynął znakomicie na Jadzieńkę, która notabene jakoś ostatnimi czasy wkręciła się we wmawianie wszystkim szlacheckiego pochodzenia Ś.P. małżonka zaprzestała codziennych godzinek , szyjąc suknie a la 100 lat do tyłu (nie pytajcie ile razy prosiła wszystkie mieszkanki o zaciśnięcie gorsetu na jej kościstym ciele) i słuchając namiętnie muzyki klasycznej oraz oper na ...gramofonie. To trzeba zobaczyć i przeżyć.

Przy którymś z kolei zaciągnięciu się Maniutka (jeszcze bardziej okrągła dla niej Bożenka uszyła poduszkę giganta) rzuciła w eter patrząc na okna na klatce (nie pierwszej czystości zresztą).
- A może byśmy tak witraż sobie sprawili? No wiecie ...tak dla potomności ....
Zamarliśmy. Kurczę tego jeszcze nie było....Marianek robiący szemrane interesy z różnymi typami z tzw półświatka przyciągnął do kamienicy artystę.
Artysta wyglądał co prawda jakby biedował ostatnie 20 lat i na dzień dobry golnął sobie prosto z flaszki podsuniętej przez zaaferowanego Maniutka.
Okazało się , że gość tworzy witraże! Podobno dziełka sztuki, perełki, arcydzieła, sztukę wybitnie wysokiego lotu.
No i to zaabsorbowało nas na 3 tygodnie...Tworzenie witrażu to super bajer...nasz bidulek przeistoczył się w artystę uduchowionego, oddanego sztuce bez reszty. Pozowaliśmy przejęci rolą do bólu...lutowanie , koloryzowanie trwało wieki ale nie dziwota jak każdy wisiał na Poldusiu (Leopold zwyczajowo) jak hieny na upolowanej zwierzynie. Nasz wirtuoz okazał się genialny.
Powstało dzieło - chłopaki z trudem wyrwali okno na pierwszym piętrze z futryn, kolejny spec się pojawił i da ddaaaamm....mamy TO. Genialne dzieło dla potomności. Jesteśmy ...Aniołami , co prawda niektórzy mogą mieć jakieś anse ale dla nas dzieło jest dziełem absolutnie idealnym. Ja skaczę po łące, Andy klęczy (nie zważając na chore kolana) przed Bożenką , Bożenka pochyla skromnie głowę i ma złożone skrzydła. Różowe....
Gienia tańczy, Cygana fruwa w obłokach. Na fotelach niby na tronie siedzi Marianek z Manią. Jadzieńka wpatrzona w krzyż ze złożonymi rączkami szepta te swoje zdrowaśki....Małgosia wącha kwiaty ...no mówię wam coś niewiarygodnego...
Zamierzamy w niedalekiej przyszłości udostępniać to dzieło szerszej publiczności...za odpowiednią opłatą oczywista.
Uwiecznieniem tej akcji była zbiórka i zakup latarenki (udało się przekonać Marianka , że czerwona nie będzie dobrym pomysłem) i takową z ciepłym zielonym szkłem , którą Marianek z kolegami gdzieś z jakiejś meliny ściągnęli...okazało się , że ma ona swoją historię...tym bardziej trafiła w idealne miejsce - przed wejściem do Bagatelki gdzie mieszkają ludziska wyjątkowe.