Prawie z każdego Waszego postu coś i w moich wspomnieniach jest.
Jeszcze przypomniały mi się pewne wydarzenia. Zima, mróz taki, że bez czapki nie dało się wyjść i droga do szkoły. A miałam 3 km... spory kawałek. Pół drogi w zaspach, kto w większej szedł, tym lepiej. Druga połowa drogi ślizgawką na rzece. Każdy z dzieciaków tak szedł...... gdy tylko mróz ścinał rzekę ślizgaliśmy się aż do samej szkoły. I nawet dorośli nie oponowali i nie zakazywali nam tego. Rzeczka w najgłębszym miejscu była może do kolan..... nigdy nie zdarzyło się nieszczęście, a frajdę mieliśmy niemałą.
I jeszcze coś. Końcem lata, gdy osty miały już swoje rzepy zabawa w rzucanie w siebie tymi rzepami. Kiedyś zrobiliśmy atak na kolegę. Jego bujna czupryna przyjęła sporo tych rzepów........ ile jego mama musiała się namęczyć, by je powyciągać, ile później nadawała na nas.

Parę kosmyków nawet powycinała razem z rzepami .......

Ale i tak nadal rzucaliśmy tymi rzepami... do dziś mam taki odruch, by zerwać rzep i rzucić w kogoś
Fajne czasy...... nie było siedzenia w domach, zawsze wszędzie było nas pełno. Do domu trzeba było nas zaganiać....... czasem pasem

Teraz wręcz odwrotnie..... pasem się wygania, by małolaty chciały wyjść z czterech ścian
