Kuracjusz - Ela Galoch
: 13 kwie 2013 22:08
A tu jeszcze inny wiersz. Pisany oczyma mężczyzny, eleganckiego, przystojnego, stałego bywalca sanatoriów. Wiersz powstał po rozmowach z nim. Jest postacią autentyczną, ale nie mogę napisać, gdzie autorka, go spotkała i jakie miał imię. Zbyt duże powodzenie u kobiet wcale nie musi przynosić szczęście.
Ela Galoch
(Z tomiku „Po wszystkim”)
* * *
Zobacz, znudzona kuracjuszka
kupiła mi te wszystkie koszule, białe garnitury
za oficerską głowę męża, wykopaną z piasków Iraku,
jakby składała srebrniki, bym wreszcie coś zrobił
z wymyśloną żoną. O tej porze jej matka
już miała przymknięte okiennice.
Może - i ona - rozpłynie się wśród apokryficznej przypowieści,
abym bez gniewu mógł doglądać greckich aktów.
Chcę tylko patrzeć, od dotyku rośnie we mnie wieża Babel.
Jestem coraz bardziej chłodny, ale wciąż umiem rolę.
Dziewczyny jak przepiórki, jedzą mi z ręki,
chwytam je w zasadzki impresjonizmu.
Wystarczy rozwłóczyć sen wśród ruin Herkulanum,
a już usta zanurzają w gorącym soku z granatów:
wystarczyłby instynkt podwórzowego kota.
Rano - pościel i tak będzie obca, nasączona milionem
przesadnych karencji. Patrzę w ich lakierowane włosy
jak w niezrozumiałą przyszłość, ale odejść
jeszcze nie mam dokąd, chociaż zabrakło tej chwili,
w której wyuczone dzieła przynosiłyby ulgę.
Schowaj się przede mną w wołaniu drzew,
usiądź na skale, bym mógł chłonąć tylko kątem oka,
jakbyś od nowa powstawała z oceanicznego podmuchu.
Zmień się w jesień, co pod rozproszonymi barwami
skrywa wszystkie cuda świata.
Nie jestem ich głodny, ale prostych skojarzeń,
które mógłby rosnąć we mnie niczym starożytne okręty.
Dzban już nie udźwignie piwa, jakbym wreszcie pytał siebie:
czy jeszcze dotrę do brzegów Kanaan?
W samym środku morza stoi pustynny człowiek,
lecz dramat tej grząskiej wyobraźni,
nie jest twoim dramatem.
Ela Galoch
(Z tomiku „Po wszystkim”)
* * *
Zobacz, znudzona kuracjuszka
kupiła mi te wszystkie koszule, białe garnitury
za oficerską głowę męża, wykopaną z piasków Iraku,
jakby składała srebrniki, bym wreszcie coś zrobił
z wymyśloną żoną. O tej porze jej matka
już miała przymknięte okiennice.
Może - i ona - rozpłynie się wśród apokryficznej przypowieści,
abym bez gniewu mógł doglądać greckich aktów.
Chcę tylko patrzeć, od dotyku rośnie we mnie wieża Babel.
Jestem coraz bardziej chłodny, ale wciąż umiem rolę.
Dziewczyny jak przepiórki, jedzą mi z ręki,
chwytam je w zasadzki impresjonizmu.
Wystarczy rozwłóczyć sen wśród ruin Herkulanum,
a już usta zanurzają w gorącym soku z granatów:
wystarczyłby instynkt podwórzowego kota.
Rano - pościel i tak będzie obca, nasączona milionem
przesadnych karencji. Patrzę w ich lakierowane włosy
jak w niezrozumiałą przyszłość, ale odejść
jeszcze nie mam dokąd, chociaż zabrakło tej chwili,
w której wyuczone dzieła przynosiłyby ulgę.
Schowaj się przede mną w wołaniu drzew,
usiądź na skale, bym mógł chłonąć tylko kątem oka,
jakbyś od nowa powstawała z oceanicznego podmuchu.
Zmień się w jesień, co pod rozproszonymi barwami
skrywa wszystkie cuda świata.
Nie jestem ich głodny, ale prostych skojarzeń,
które mógłby rosnąć we mnie niczym starożytne okręty.
Dzban już nie udźwignie piwa, jakbym wreszcie pytał siebie:
czy jeszcze dotrę do brzegów Kanaan?
W samym środku morza stoi pustynny człowiek,
lecz dramat tej grząskiej wyobraźni,
nie jest twoim dramatem.