Z życia pewnej kamienicy :)

W tym miejscu możecie prezentować swoją twórczość niekoniecznie związaną z pobytem w sanatorium choć i taka mile widziana.
Regulamin forum
Proszę by każdy nowy wątek rozpoczynał się wierszem. Najlepiej by to był wiersz autora wątku, ewentualnie wiersz na temat sanatorium.
Uwaga! Jeśli wstawiacie czyjąś twórczość, pamiętajcie, że powinniście posiadać zgodę autora lub właściciela praw na publikację. To bardzo ważne.
Proszę też by nie tworzyć tu wątków, które bardziej pasują do działu "Na każdy temat". Niech ten dział będzie wyłącznie związany z twórczością sanatoryjnych poetów :)
Poza tym obowiązują wszystkie zasady z regulaminu ogólnego pisania postów na forum dostępnego tu http://www.forum.nasze-sanatorium.pl/vi ... p?f=2&t=10
Awatar użytkownika
BozenaMat
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 4884
Na forum od: 24 lip 2018 18:32
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 1

Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: BozenaMat » 12 lis 2018 19:09

Tworzę nowy temat, gdyż będzie kilka opowiadanek o mieszkańcach pewnej kamienicy. Oczywiście będzie to czysta fikcja, wymysł i fantazja i proszę się nie dopatrywać żadnego podobieństwa do znanych Wam osób czy też miejsc lub zdarzeń. Imiona są przypadkowe, nikogo nie zamierzam obrażać czy też ośmieszać. Chcąc je wkleić (rozumie się, że chodzi o opowiadanka), muszę najpierw wstawić mały wstęp.

Jakiś czas temu razem ze znajomymi pisaliśmy śmieszne i humorystyczne opowiadanka o mieszkańcach kamienicy w Szczecinie. Dlaczego Szczecin? A dlaczego by nie? Ot padło na to miasto i zostało miejscem akcji. Może też dlatego, iż pomysłodawcą tematu był Szczecinianin. Teksty, które zamieszczę będą tylko moje. Tekstów innych osób nie wykorzystam. Dlatego czasem może być jakaś luka w ciągłości opowiadania.


CDN............. :)

Awatar użytkownika
BozenaMat
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 4884
Na forum od: 24 lip 2018 18:32
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 1

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: BozenaMat » 12 lis 2018 21:22

Wstęp – przedstawienie mieszkańców kamienicy.

W starej, szczecińskiej kamienicy mieszkał Marianek, pewien jegomość o posturze imć Pana Zagłoby (135 kilo żywej wagi), którego jedynym zajęciem było zdobywanie (ciężką pracą) środków do życia (w dosłownym tłumaczeniu życiodajnego płynu, jakim dla Niego było piwo). Harował jak przysłowiowy wół zaprzężony do pługa (dziecinnego wózka, które wynalazł za osiedlowym sklepikiem), zbierając makulaturę i wszelaki złom. A praca była ciężka… złomu jak na lekarstwo, a i ludzie w dobie Internetu przestali kupować gazety, to i makulatury było tyle, co kot napłakał. Ale chłopina jakoś sobie radził i dało się z tego wyżyć. Znaczy stołował się u kochanej mamusi, bądź ktoś z lokatorów raczył Go przygarnąć i nakarmić, wszelki ciężko zarobiony grosz przeznaczał na złocisty napój. Na brak piwa nie narzekał, czego dowodem była nieustająca euforia malująca się na Jego pulchnym obliczu (jakiż to zbawienny wpływ miał chmiel na Mariankowe samopoczucie). Stan ciągłego lekkiego upojenia pozwalał Mu widzieć wszystko w różowych barwach, co było nader przydatne przy szarej i rozwalającej się kamienicy. Skrycie uwielbiał pewną osóbkę, która niedawno wprowadziła się do kamienicy. Marianek wielbił Ją całym swym jestestwem, zarazem wiedział, że dla Niego owa osóbka była niedostępna i droga do Niej była daleka… jak ze Szczecina na Marsa, albo i kilometr dalej. Marianek skończył parę szkół (wprawdzie były to tylko szkoły podstawowe, z których notorycznie Go wyrzucano, ale jednak udało Mu się ukończyć przewidziane programem 8 klas), nie był więc głupi więc wiedział, że obiekt westchnień jest dla Niego nieosiągalny, jednak skrycie wzdychał do pięknej lokatorki z piętra niżej.

Ową osóbką była Viky. Przez jednych odbierana jako osoba o ciętym języku i zimnym spojrzeniu na świat, przez innych jako dobra dusza, w każdej chwili gotowa biegnąć, by leczyć każde pokrzywdzone przez los stworzenie (ludzkie czy też nie, byle dychało). Po roku mieszkania w kamienicy stała się osobą uwielbianą przez wszystkich i wszelkie menele osiedla wiedziały, że Viky jest nie do ruszenia, włos z głowy nie może Jej spaść… Marianek już o to zadbał, gdy rozkwasił pewnemu pijaczkowi nos, kiedy ten ciemną nocą wyszarpał siatkę z zakupami z rąk dziarsko kroczącej Viky. Fama poszła w szczeciński świat i Viky mogła nawet godziną duchów spokojnie przechadzać się zaułkami miasta. Viky po prostu była lubiana. I to tyczyło się zarówno męskiej, jak i damskiej społeczności. Była obiektem westchnień wszystkich mężczyzn i co poniektórych kobiet (Viky doskonale modelowała figurkę i makijaż....). Poza tym, jeżeli jakieś zdarzenie było mało prawdopodobne… wszyscy wiedzieli, że tylko Viky się przytrafi. Otóż ta miła osóbka miała przedziwny dar pakowania się w najdziwniejsze tarapaty, ale co wszystkich zadziwiało… z każdych kłopotów wychodziła cała i z podniesioną głową…. i zwycięsko. To chyba imię Victoria taką miało moc. Baaaa….. w końcowym rozrachunku wszelkie przygody i kłopoty obracały się na Jej korzyść. Oczywiście nie była świadoma uwielbienia jakim Ją Marianek darzył (wprawdzie tylko przez jakiś czas, ale zawsze to coś) i może dlatego nie zwiewała przed Nim. Powiem więcej. Nawet lubiła tego poczciwinę.

Mieszkała tu też Pani Jadzieńka, kobieta tyle uczynna, co wnerwiająca połowę kamienicy. Maltretująca wszystkich słuchaniem nocnego radyja i klepaniem wszelakich modlitw o takiej porze, kiedy cała populacja kamienicy spała snem sprawiedliwego. Kto był sprawiedliwy, to był… ważne, że spali. Klepanie paciorków nie przeszkadzało Jej ziorać przez okno i sokolim wzrokiem (zaopatrzonym w okulary o szkłach grubości denka od flaszki po piwie) omiatać pół dzielnicy. Wiedziała wszystko, co się na osiedlu dzieje i była wręcz skarbnicą wiedzy. Powiem więcej… wiedziała nawet to, czego nie ma i nie było.

Jeszcze pomieszkiwał tu Jasieniek ze swoją małżonką Bigben (kiedyś wyjaśnię skąd takie Jej imię).

Awatar użytkownika
BozenaMat
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 4884
Na forum od: 24 lip 2018 18:32
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 1

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: BozenaMat » 12 lis 2018 21:24

Jednak najważniejszym z lokatorów owej kamienicy był Rademenes. Kot Marianka, który swą obecnością wyznaczał nam pory roku. Oczywiście kot, a nie Marianek. Gdy zaczynał w lutym swe kocie zaloty, ubarwiając je jękiem i jazgotem (nie bacząc na porę dnia – a raczej nocy), męska populacja kamienicy wiedziała, że trzeba intensywniej wziąć się za zbieranie puszek i makulatury, gdyż nieubłagalnie zbliża się 8 Marca… i zamiast na piwo, trzeba wysupłać ciężko zdobyty grosz na jakiś lichy badylek, by obdarować kobiety tym jakże zacnym prezentem. Muszę dodać, że Panowie z naszej kamienicy byli honorowi i mieli gest. Co jak co, ale święta trzeba było z pietyzmem kultywować i w miarę możliwości, na swój sposób to robili.
Długo nie mogłam pojąć skąd Marianek wytrzasnął takie imię dla pupilka. Wszystko się wyjaśniło, kiedy Pan Jureczek opowiedział mi jak to Marianek zaniemógł po wypiciu pewnego płynu, który nabył u zaprzyjaźnionego kumpla (co to przybył do Szczecina na kilka dni zza wschodniej granicy). Tak Marianka położyło, a raczej zgięło, że 3 dni siedział na „tronie” i nie wychodził z WC. Wstawiono Mu tam telewizor, a że w porze przedpołudniowej nic innego prócz bajek nie było, to całymi dniami oglądał serial dla młodzieży „Siedem życzeń”. Zafascynowany owym kotem nadał swemu pupilkowi imię z serialu sądząc, że będzie spełniał życzenia. Tak się nie stało, Marianek był sromotnie zawiedziony, ale imię zostało.

Z lokatorów został jeszcze Jureczek, chłopina uczynny, choć często przez Viky nierozumiany. Więcej o Nim będzie później, bo jakoś tak się dzieje plotły, że ścieżki Viky i Jureczka ciągle się przecinały.

Był jeszcze kolega Jureczka, baaaaaa… bratnia dusza - Boguś. Jak to sam siebie nazywał – Obywatel Świata. Gdzież to On nie był… Cytuję teraz SirNicka (autora tematu):
„Boguś odsiedział 3,5 roku za jakieś bliżej niesprecyzowane przestępstwo, które On nazywał udziałem w napadzie na bank. Tyle że był to Bank Krwi, a Boguś wpadł tam kiedyś po pijaku z pistoletem i koniecznie chciał uzyskać kilo krwi dla przyjaciółki, która leżąc właśnie w szpitalu czekała na grupę RH-. W Szczecinie - pech - nie było, ściągali z Warszawy, transfuzja była mało pilna, nikt nie umierał, ale Boguś, który kilka godzin wcześniej też miał doustną transfuzję wódeczki poczuł się zobligowany do pomocy i załatwienia tej - palącej jego zdaniem - sprawy.... Pistolet na wodę zabrany siostrzeńcowi Januszkowi…. mimo jego głośnego płaczu i krzyku, spełnił rolę niebezpiecznego narzędzia. No i rozbój jak malowany. „

Byli jeszcze inni lokatorzy, ale jakoś słabo wpisali się w tę naszą społeczność więc Ich nie wymieniam. Jak ktoś się pojawi w opowiadankach, będzie epizodyczną postacią.

Lokatorzy kamienicy stanowili ciekawą populację szczecińskiego społeczeństwa i wbrew pozorom byli bardzo zżyci ze sobą. Pomoc sąsiedzką, współczucie dla nieszczęść spadających na któregoś z mieszkańców zauważało się na każdym kroku. Każdy o każdym wszystko wiedział i tylko Viky (będąc tu od niedawna) była trochę zszokowana tą wszystkowiedzą i wymyślała sposoby, by co nieco ukryć przed okiem tak zacnych mieszkańców. A było to nader trudne… nawet beknięcie słyszano na najwyższym piętrze i po paru minutach wiedziała o nim cała kamienica. Informacje były przekazywane wręcz z szybkością światła.


Tak więc bohaterów opowiastek przedstawiłam, teraz pora na opowiadanka o lokatorach sławnej kamienicy, gdzie barwność mieszkańców była jako ta ukwiecona łąka latem.
Aha, jeszcze jedno. Narratorką będzie Viky… pod takim Nickiem pisałam te teksty.


CDN

Awatar użytkownika
jacky6
Przyjaciel forum
Przyjaciel forum
Posty: 6057
Na forum od: 05 mar 2014 14:39
Oddział NFZ: Śląski
Staż sanatoryjny: 5

Nie tylko z życia pewnej kamienicy...

Post autor: jacky6 » 12 lis 2018 23:25


Już od dłuższego czasu zasiadam w pierwszym rzędzie czytelni.
I czytam.

:mrgreen: :ugeek:


ANDY12345
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 7547
Na forum od: 26 maja 2018 11:42
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 3

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: ANDY12345 » 13 lis 2018 00:47

No właśnie i ja też zamiast iść spać
Załączniki
tylko jeszcze kwiatki podleję
tylko jeszcze kwiatki podleję

Awatar użytkownika
BozenaMat
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 4884
Na forum od: 24 lip 2018 18:32
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 1

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: BozenaMat » 13 lis 2018 08:46

Jacky6 ...... No i się z lekka zarumieniłam :oops: ..... Ale miło mi, że jest choć parę osób, których ta moja pisanina choć troszkę zaciekawia :) Dziękuję :)

ANDY......... no i masz. Będzie jak w tym, co piszę......... "miała przedziwny dar pakowania się w kłopoty" :D Przeze mnie zamiast spać, to spacerujesz po Forum i......... jeszcze podlewasz kwiaty.
A róże piękne......... Niepodległościowe :)

Awatar użytkownika
BozenaMat
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 4884
Na forum od: 24 lip 2018 18:32
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 1

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: BozenaMat » 13 lis 2018 11:43

Akcja ratunkowa

Pewnego razu ukochany pupilek Marianka – kot Rademenes - wyskoczył przez okno. Trzeba dodać, że Rademenes był dziwnym kotem, nigdy nie spadał na cztery łapy, jak to koty mają w zwyczaju. Czy sam wyskoczył, czy też nie… żadne śledztwo prowadzone później tego nie wyjaśniło. A śledczych narobiło się mnóstwo, każdy założył prochowiec, wziął lizaka i udawał Columbo Kojaka. Sprawa nie została rozwiązana, poszła ad acta.

Gdy Rademenes wyskoczył przez okno, co też się nie działo. Tego najstarsi marynarze nie pamiętają. Całe zdarzenie opisano nawet w lokalnej gazecie, gdzie umieszczono zdjęcie Marianka, które to później poczciwina wyciął i oprawił w ramkę. Ale by było ciekawiej nie zawiesił u siebie w mieszkaniu, tylko przy wejściu do klatki schodowej. Kto tylko wchodził do kamienicy, witany był przez twarz Marianka, na której malowała się groza i wielkie przerażenie. Co poniektórzy widząc fotkę, robili w tył zwrot i nawet najpilniejsza sprawa nie zmusiła ich do przejścia obok gębuchny właściciela Rademenesa. Po części miało to swoje plusy… menele przestali przesiadywać na naszej klatce schodowej (no bo jak raczyć się piwkiem i wpadać w błogi stan, gdy spoziera na Cię taka twarz), dzieciaki nie ganiały z góry na dół i odwrotnie… przez jakiś czas w kamienicy panował spokój. Aż pewnego razu zdjęcie zniknęło, zastąpiono je widoczkiem Giewontu. Dlaczego Giewont? Ja to na swój sposób sobie zinterpretowałam. Wejście na ostatnie piętro po chybotliwych i trzeszczących schodach, było wręcz jak wejście na ów zakopiański szczyt. Jaki był cel zamiany Mariankowej facjaty na Giewon - nie dociekam… ważne, że teraz pikny obraz wita nas przy wejściu do kamienicy.

Ale wracając do Rademenesa. Kot po wypadnięciu z okna (czy to było wypadnięcie?), dziwnym trafem miast uczepić się jakieś gałęzi, wpadł w dziuplę, co to ktoś wydłubał dla ptasząt. Ptaszęta jakoś tam się nie zagnieździły, za to dzieciaki miały używanie. Czym popadnie trenowały rzut do tarczy. A pojemność dziupli nie miała końca… próchniejący pień drzewa co rok zwiększał pojemność dziupli. Jak Rademenesowi udało się akurat wpaść do dziupli, tego nie wiem… grunt, że wpadł i z czeluści drzewa dobywało się kocie zawodzenie. Dla obserwatorów wyglądało to tak, jakby żywcem obdzierano biedaka ze skórki… i co poniektórzy tak sądzili, bo od jakiegoś czasu Jasieniek planował zdobycie kociej skórki dla swej Bigbenki, która od tygodnia narzekała na ból w krzyżu.
Trzeba było wezwać straż pożarną, no bo kogo jak nie ich? Uczyniła to Pani Jadzieńka, która (jak się później dowiedzieliśmy) przez 15 minut tłumaczyła dyspozytorce, o co właściwie chodzi. O przepraszam… 10 minut tłumaczyła, bo pierwsze 5 to były zdrowaśki typu:
O Jezusie Nazareński, Matko jedyna, O wszyscy święci… i tak dalej. Znając zasób słów Jadzieńki (w kwestii świętych i uświęconych) to się nie dziwię, że 5 minut przeznaczyła na lamenty. I tak szybko skończyła, ale widocznie dyspozytorka była bardzo stanowcza i ukróciła zawodzenie naszej zafascynowanej wiadomo jakim radyjem Jadzieńki.
Jakoś się jednak obie panie dogadały, bo straż pożarna jednak przyjechała. W tym czasie Marianek stał pod drzewem, rwał tę resztkę włosów, co to Bozia raczyła mu jeszcze na łepetynie zostawić i darł się jak radyjko Jadzieńki. Przyjechała straż… wprawdzie nie na syrenie, ale Marianek z powodzeniem ich zastąpił. Dziura na wysokości metra została wyrąbana i posypały się z niej… puszki po piwie, jakieś kamasze, tudzież inne bardzo ciekawe przedmioty. Ostatnią rzeczą, którą wyciągnięto z dziupli była kudłata pacynka wściekle czerwonego koloru, na widok której Marianek przybrał podobny kolor. Na samym końcu z pnia drzewa wypadł najeżony Radamenes.

Znalazłam się pod blokiem w chwili, kiedy nasz Marianek stał pod drzewem i patrzył na coś wściekle czerwonego. Nagle skamieniał. Jego twarz koloru takiej samej czerwieni jak ta pacynka, powoli zaczęła zmieniać barwę i stawała się trupio blada. Oglądałam z zaciekawieniem ten cud. Co też matka natura potrafi wyczyniać i jak pięknie bawi się w malarza, malując naszego blokowego bawidamka.
Kot po wyprężeniu tego, co koty maja w miejscu ogonka, dostał wściekłej furii i na nowo czmychnął na drzewo. Po drodze zahaczył o te nędzne resztki czupryny na Mariankowej głowie. Tego już było dla biednego chłopa za wiele. Te marne 135 kilo żywej wagi gruchnęło o ziemię i poległo jak Napoleon pod Waterloo. Znieruchomiałam. Nagle w powietrzu rozległ się ryk potężnej syreny. To pani Zosia, ta z drugiego piętra, cicha wielbicielka naszego Marianka darła się w niebogłosy.
- „Ratunku… pomocy…. ratujcie Marianka”..
Sama nie mogła tu szybko pobiec i ratować padnięte ciało obiektu swych westchnień, gdyż chęć przypodobania się naszemu Mariankowi zrobiła z niej kluseczkę… Za wszelką cenę chciała dobić do wagi naszego wspaniałego sąsiada i patrząc na nią miało się wrażenie, że już Jej nie potrzeba wiele. Tak więc w powietrzu rozlegały się teraz dwa wrzaski. Pani Zosi - piskliwy jazgot… i kota - zawodzenie wyjca. Stałam i ciekawie patrzyłam, co dalej… Czyżby Marianek miał leżeć na tej zimnej i mokrej ziemi? (wczoraj chyba ze swojego okna wylał tu z wielgachnej michy jakąś ciecz).


CDN .................. :oops:

ANDY12345
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 7547
Na forum od: 26 maja 2018 11:42
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 3

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: ANDY12345 » 13 lis 2018 16:28

To nie niepodległościowe ale dla Ciebie (wiesz za co) niestety dwuwymiarowe :lol:

Awatar użytkownika
BozenaMat
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 4884
Na forum od: 24 lip 2018 18:32
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 1

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: BozenaMat » 13 lis 2018 16:30

ANDY .......... A to bardzo dziękuję :)

Awatar użytkownika
BozenaMat
Super Kuracjusz
Super Kuracjusz
Posty: 4884
Na forum od: 24 lip 2018 18:32
Oddział NFZ: Małopolski
Staż sanatoryjny: 1

Re: Z życia pewnej kamienicy :)

Post autor: BozenaMat » 14 lis 2018 10:03

Jak się wyleczyć z miłości do dozorcy

Ciekawie rozglądnęłam się dookoła. Pan Jureczek też stał i coś go chyba wielce zdumiało? Zamiast podejść do biednego Marianka, patrzył na niego (albo ponad nim) jakimś dziwnym wzrokiem. Czyżby uczucie litości było nieznane temu przesympatycznemu lokatorowi? Echhh… chyba nie. Przecież pan Jureczek to uosobienie dobroci.

Jeszcze dziś pamiętam jak po wprowadzeniu się do kamienicy zabrakło mi chleba. No cóż, zawsze pamiętam o zakupach, ale wtedy dopadła mnie straszna choroba. Zakochałam się w naszym stróżu. Wiem… wiem. Nie powinnam, bo to człek żonaty, piątka dzieciaków, ale strzała Amora jakoś poleciała i trafiła mnie w sam środek mojego pustego, bez miłości serca. Co ja wtedy nie robiłam. Zamiatałam klatkę schodową, by obiekt moich westchnień miał chwilkę spokoju i mógł porozmawiać ze mną lub choć powiedzieć marne dziękuję. Ale teraz widzę, że chłopy to tylko patrzą, jak żerować na uczuciach biednej kobiety (czyli mnie). Miesiąc zamiatałam klatkę schodową, myłam ją, nawet sprzątnęłam kiedyś wokół śmietnika. I co? A wielkie guzik.!! Stróż chodził sobie radośnie, palił papieroska za papieroskiem, rzucał pety po korytarzu, a ja usychałam z tęsknoty. Pewno bym tak sobie usychała, ale właśnie zabrakło mi chleba i poszłam do jednego z lokatorów - czyli pana Jureczka. Zapukałam, ale coś nikt nie odpowiadał, a przecież słyszałam jakieś stuki. Głód doskwierał… żołądek domagał się jadła, więc weszłam bez zaproszenia. I cóż ujrzałam? Pan Jureczek z furią walił w plaster mięcha i wydawał jakieś dziwne odgłosy. Coś jakby… offff… ja cię przefasuję na cacy…. och… ja ci zrobię z buźki marmoladkę.
O matko… stałam tak chwilę i już miałam zniknąć, bo zbyt delikatną istotka jestem, ale właśnie pan Jureczek podniósł głowę znad maltretowanego kawałka polskiej wieprzowinki… i z uniesionym do góry tłuczkiem powiedział…
- witam ślicznie panią sąsiadeczkę. Cóż mogę zrobić dla tak uroczej damy.
Ha ha. Damą to nazywał mnie kiedyś zmarły teściu mojego pierwszego męża, ale to tylko dlatego, żebym mu dała malutkie piweczko.
Tak więc pan Jureczek spojrzał na mnie swymi pięknymi oczami (chyba niebieskimi) i odłożył narzędzie tortur. Od słowa do słowa… właściwie to zabawiłam tam dwie godzinki… dostałam pyszny obiadek… i wreszcie przy pomocy pana Jureczka przejrzałam na oczy.
Ten złoty… mądry lokator wyjaśnił mi w bardzo subtelny sposób niestosowność moich zakusów na naszego stróża… Słowo subtelny nie dotarło wtedy do mnie i pan Jureczek musiał mi wytłumaczyć. Jakoś to było tak zagmatwanie (mężczyźni czasem nie umieją wyjaśnić prostych rzeczy), że nic nie zrozumiałam, ale teraz jak coś komuś mówię…. to mówię…. "Powiem Ci to subtelnie". I wtedy każdy od razu patrzy na mnie inaczej. Tak więc pan Jureczek powiedział, że dla tak pięknej i mądrej kobiety (czyli mnie) nasz stróż jest bardzo nieodpowiednim partnerem. To tak jakby połączyć anioła z diabłem. Taki argument spowodował, że po wyjściu od przemiłego sąsiada długo zastanawiałam się nad celowością mojego związku ze stróżem. I wiecie?... Teraz dopiero zauważyłam, że nasz stróż ma dwa zęby wybite (to chyba żona tak go urządziła, jak wrócił kiedyś w stanie, co się nazywa … po spożyciu zbyt dużo wyskokowych płynów)… W dodatku co to za ukochany, który każe swej lubej (czyli mnie) zamiatać klatkę schodową. No i miłość tak jak nagle się pojawiła, tak i znikła. Ale wdzięczność do pana Jureczka została. I moje wielkie uwielbienie do niego również.

Dlatego teraz nie chciałam uwierzyć, że pan Jureczek nie podbiegł do Marianka, tylko patrzył na Niego wzrokiem nader dziwnym… Podążyłam za zdziwionym spojrzeniem Jureczka... i też oniemialam. Ku nam zmierzał tanecznym krokiem jakiś gość. Na jego twarzy, czerwonej jak pomidorek gościł szeroki uśmiech, dźwigał jakieś wielkie pudło i wołał....
- Hej... Marianek, Jureczek..... Boguś wreszcie opuścił sławetny hotel....
I nastał cud. Marianek jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poderwał się z ziemi (jak te 135 kilo mogło tak szybko wstać?) i podbiegł (no poczłapał) do jegomościa. I zaczęło się. Pudło, które trzymał Bogus poleciało na ziemię... Marianek dorwał się do niego i z radością wyciągnął .... no tak, ....piwko. Cóż innego mogło by tego wstrętnego pijaczynę poderwać na nogi?..... Pan Jureczek z niesmakiem odwrócił się i kiwając z politowaniem głową poszedł do mieszkania.... A kicia nadal po kociemu zawodziła, siedząc na najwyższej gałęzi drzewa.... ...

PS. Jakież znaczenie dla Marianka miała owa pacynka… nie wiem. Marianek, jak i pozostali mieszkańcy kamienicy nabrali wody w usta i nijak nie udało mi się wydobyć od Nich informacji. Zresztą za bardzo się nie starałam. Inne, ciekawe wydarzenia przyćmiły incydent z kotem i pacynką. Ale o tym innym razem.


CDN ............... :)

ODPOWIEDZ