Świętość jakoś nie kojarzy mi się za dobrze. To jest wynoszenie kogoś na piedestały, a potem okazuje się, że jak każdy człowiek, także i ten święty lepsze i gorsze momenty w życiu miał, co całkiem zresztą normalne jest, i nie wiadomo potem, co z tą świętością począć.
Pozytywnej energii nie można więzić, ona jest wszędzie.

Jesteśmy wszyscy jak naczynia połączone, można ją spijać kiedy się tylko chce, tylko że wężyk z dostępem do tej ambrozji, gubi się nam często.
Przepis na poprawę kondycji fizycznej, na to, żeby się tak chciało jak się nie chce i nie tylko, podaje Wim Hof zwany też Icemenem. W necie zapewne jest mnóstwo o nim informacji. Sama już kilka lat temu przeczytałam jego książkę i choć mnie zafascynował jej autor, to moja niechęć do zimna, spowodowała, że próby oswojenia się z nim, nie powiodły się i odpuściłam tę metodę. A może to nie był ten czas, nie ta chwila i nie byłam na to gotowa?

Ostatnio jednak potrzebuję wzmocnienia, potrzebuję dużo powera, więc zaczęłam poszukiwać i znów wypłynął mi Wim. Może to pewnego rodzaju desperacja, ale stwierdziłam, że trzeba się czegoś chwycić, jak tonący brzytwy.
Rano robię najpierw ćwiczenia oddechowe. Mnie akurat pomaga w tym zakresie materiał Klaudii Pingot:
https://youtu.be/uUYZjZ9krOc?si=brzMqeQbkixOlfkU
Tu jest moim zdaniem dobrze to opisane i prowadzone, ale przede wszystkim odsyłam do książki "Metoda Wima Hofa. Aktywuj pełnię swojego potencjału". Tam jest źródło tej wiedzy i wyjaśnienie jak i dlaczego to działa, potwierdzone badaniami naukowymi.
Po sesji oddechowej następuje ekspozycja na zimno. Nie trzeba zaraz wchodzić do bali z lodem czy lecieć do przerębla.

Wystarczy zimny prysznic, na początek 15 sekundowy. Sama jestem bardzo zaskoczona efektami. Przede wszystkim jeśli chodzi o poprawę wydolności organizmu. To naprawdę działa, ale żeby uwierzyć, to trzeba spróbować samemu.
A co się będzie działo jak spróbuję amanitki

, która obecnie dojrzewa, a ja wertuję księgę z wynikami badań na ten temat.
