Czy nazwiemy ten stan medytacją czy autohipnozą, to myślę, że o to samo chodzi. Lubimy nazywać wsztstko, myśląc, że to pozwoli nam lepiej zrozumieć świat. A to wcale chyba tak nie jest, bo by zrozumieć trzeba to poczuć.
Wiem o czym piszesz mając na myśli ten błogi stan prawie nicości i wiem z własnego doświadczenia, że można uśmierzyc w ten sposób ból, przynajmniej na chwilę. Rok temu, w święta miałam covida, zmogło mnie okrutnie, święta odwołałam.

Na początku czułam się jak przy zwykłej infekcji: osłabiona, lekka gorączka, katar, kaszel, ale po kilku dniach dopadła mnie totalna niemoc i ból całego ciała, a najbardziej bolała głowa. Ból był tak silny, że nie mogłam spać, a wiadomo, sen jest bardzo potrzebny.m w chorobie. Zaczęłam więc medytować, skupiając się na oddechu, a jednocześnie kierując całą energię tam gdzie jest najsilniejszy ból. Udało mi się kilka razy ten ból odłączyć.

Były to krótkie chwile, które starałam się wydłużać, aż w końcu ta chwila była na tyle długa, że udało mi się zasnąć.
Paradoksalnie, te nieciekawe dla nas sytuacje, pomagają nam dotrzeć w miejsca, gdzie wydaje nam się, że drogi w ogólenie ma i przejść przez drzwi, których nie chcieliśmy, albo nie mogliśmy otworzyć.
To można ćwiczyć, ale wiesz jak to jest z ćwiczeniami.

A do tego u mnie jest tak, że właśnie zaraz jak uda mi się ten stan osiągnąć, to zasypiam.

Widać tego mi bardzo trzeba i jakoś mnie to wcale nie dziwi. Może za dwa tygodnie, jak troszkę mniej będzie pracy temu się lepiej przyjrzę, bo teraz to do roboty, do roboty, bo ja tu gadu, gadu, a chłop śliwki rwie
