Kto tęsknił? Przyznać się bez bicia?
6.05 rano. Niedziela. Jedyny dzień kiedy nie muszę zwlekać swoich 4 liter bladym świtem . Nawet pies zna słowo niedziela i dupy przed 9 nie rusza wtulony w moje nogi. Chrapiemy sobie zatem z Rolmopsiem aż tu nagle jak mi nie zadudni w głowie….Muzyki słucham różnej. Ale „już jej niosą suknię z welonem” o tak parszywej godzinie to już przyznacie przegięcie. Pierwsza z piosenek przeszła w drugą w trzecią…przy biełyje rozy dostałam tiku nerwowego w lewym oku. No nic pora się ogarnąć, wychylić ciało za drzwi i sprawdzić co tu się cholibka wyprawia.
Wychynęłam na korytarz. Oparci o barierki stali wszyscy, nawet Czesiek , który o dziwo tylko przechylił łepek i trwał w ciszy. (cisza będzie krótka bo skubaniec zapewne wszystko w tym swoim cwanym ptasim móżdżku przetwarza i zapamiętuje…)
Kurczę jęknęła Cygana…człowiek cały tydzień tyra, wstaje ciemną nocą i jeszcze w niedzielę poleżeć nie może….No – jęknęłam jeszcze boleśniej.
Cholera jasna…wczoraj poszłam spać nad ranem…trzeci tom sagi mam w łapach to i spać nie mogę...bąknęła Bożenka. Nooooo….wystękała Gosia.
Andrzej nie jęczał i nie stękał ale wyraz twarzy miał tak zbolały , że tik przeniósł mi się na drugie oko.
Nie dodam , że z piątku na sobotę opijaliśmy hucznie przypadające w tym dniu Urodzinki Bożenki. Dałyśmy czadu. To tak w hmm...wielkim skrócie.
Kurde…co jest …omiotłam wzrokiem zgromadzoną , rozmemłaną gawiedź , dodałam dwa do dwóch i już wiedziałam do których drzwi załomoczę za chwilę.
Marianek…zgrzytnęłam zębami. Popędziliśmy na dół. Dzwonek wypadł Mariankowo z obiegu parę lat temu – zawsze można było powiedzieć zawezwanej władzy, że się stukania nie słyszało. No, fakt faktem to nikt u nas władzy nie wołał mając zawsze coś za uszami. Zresztą jak imprezki w kamienicy to wspólne nie? Donosicielstwem brzydzą się wszyscy i każdy z osobna.
Kłykcie sobie obiłam a drzwi zamknięte. Pozornie bo kluczyka to już Marianek w zamek nie włożył. Wtoczyliśmy się rzędem do wąskiej kiszki jaką stanowił korytarz Marianka. Jakoś tak czyściutko, zapaszek bynajmniej nie piwny …rączki Mani - zdecydowanie - pomyślałam.
Przy wejściu do pokoju stanęłam jak wryta, co oczywiście zatrzymało dziarsko kroczących lokatorów naparło na moją skromną osobę , która jak długa wyłożyła się na świeżo wyfroterowanej podłodze.
Marianek tańczył, tańczył w transie , tańczył w upojeniu. Robił obroty w walcu jak rasowy arystokrata. Sunął w uniesieniu a wraz z nim w ramionach widocznie sfrustrowany Rademenes. (sfrustrowany to zbyt małe słowo bidulek obłęd miał w oczach...)
Ja pitolę….co ta miłość za debili z ludźmi robi.
Marianek naładowany pozytywnie wiadomością o polubownie zakończonym rozwodzie Mani. (no trochę awanturki o mieszkanie było, bo nowa harpia Pana (byłego) męża miała na nie chrapkę) ale małżonkowie mieszkanko przekazali dziatwie a my już wiemy, że kamienica powiększy się o nową lokatorkę rozmiaru XXXL. Super co?
Ale do rzeczy…ponieważ ślub zaczął się jawić coraz bardziej realnie Marianek do tej pory skrzętnie omijający miejsca gdzie wypadało by wyjść za stołu i chociażby jedną nogą ruszyć dostał objawienia, że uwiedzie swoją połowicę swoim tanecznym wdziękiem przy pierwszym tańcu.
No to ćwiczyć zaczął. W niedzielę nad ranem…menda (kochana) społeczna.
Jak żeśmy się już zeszli to i wypadałoby śniadanie zszamać. Marianek zaopatrzony w wiktuały jak nigdy ogarnął na dwóch patelniach 14 jajek na boczku i chlebek z masełkiem …i kawkę …mniam.
Usiedliśmy błogo spasieni…rozleniwieni do bólu.
No to jak…chyba pora ogarnąć tematy weselne co ? zagadnęła Gienia. (skąd ona ostatnio tą niespożytą energię czerpie??? I dlaczego sie nie dzieli????).
No…wypadałoby…