Zosia wsiadła do pociągu i to nie byle jakiego, bo pendolino. Jest już w drodze do domu.
Na pożegnanie był pocałunek w czółko. Mało plastyczny kręgosłup nie dał mi się pochylić, kolanko z kolei nie dało przyklęknąć, a Zosia nie wspięła się na palce. Co najniżej mogłem pocałować Ją w nos.
Oko Jej się rozmazało. Ja się nie maluję …
A teraz? A teraz siedzę w pokoju. Na kaloryferze suszą się już dwie wyżmięte/wyżymięte (prof. Miodek na pomoc) chusteczki, trzecia zaczyna przeciekać. ... Poszetka mi jeszcze została w zapasie.
Całe szczęście, że na trasie naszych wędrówek i spacerów nie spotkaliśmy żadnego konia … pewnie byśmy go ukradli. Byłaby chryja.
Na koniec ilustracja bardziej słowno-niż muzyczna.
https://www.youtube.com/watch?v=lreRm6J57ag


