ojej ale pyszności, ja dzisiaj jestem po 3 pączkach, teraz kończę sztukę nr 4. Uwielbiam faworki ale nie umiem robić - liczę na zaproszenie od przemiłej gospodyni...może się jeszcze czegoś przydatnego na stare lata nauczę.
A teraz malutka niespodzianka dla Was
Wiem, wiem zaniedbałam pisanie straszliwie. Ale primo gonię czasowo własny ogon, w takim tempie jakie mam ostatnio mogę spokojnie w maratonie nowojorskim startować. A i mieszkańcy po tylu miesiącach niezwykłej nawet jak na nich aktywności zapadli w sen nieco zbliżony do zimowego. Jednym słowem stagnacją powiało. Marazmem. Nuuuuuudą wszechogarniającą.
Lubię niedziele. NIe tylko dlatego , że nie muszę gonić jak oszalała, z oczyma na zapałki i to drogą , która tą szybkiego ruchu i za lat naście nie zostanie. Lubię po prostu centralnie włóczyć się w piżamie....w piżamie śniadanie, w piżamie obiadek, w płaszczu zarzuconym na piżamkę człapię z Rolmopsiem, w piżamie obiadek to i nie dziwota , że w piżamie z chochelką w ręku zastało mnie walenie do drzwi w lutowe niedzielne przedpołudnie. (muszę kurczę w końcu w ten dzwonek zainwestować).
Po drugiej stronie drzwi ujrzałam dwa bóstwa. Wystrojone. Na maksa. Mania z utapirowanym fryzem, z kwiatem (sztucznym

) wpiętym w świeżo utlenione włosy. Całości dopełniała nieco hmm... opięta kwiecista sukienka i unoszący się w powietrzu zapach Masumi, który skutecznie zatkał mi otwory w nosie wypierając wcześniej wciągany zapach gotowanych na obiad flaczków. Obok Mani stał Marianek. Odstrzelony jak stróż w Boże Ciało. (no nasz to się zbytnio nie popisuje....). W dłoniach dzierżył kremową kopertę , którą bez słowa skierował w moją stronę. Wszelakie kierowane w moją stronę przedmioty w Maniutkowej ręce od pamiętnego dnia wzbudzają we mnie odruch bezwarunkowy - cofam się o dwa kroki do tyłu.
Myślę sobie ...super....czy ja kiedykolwiek będę ubrana stosownie do okazji? Chyba w trumnie chociaż zapewne i tam coś się pokiełbasi. Gości wpuściłam a jakże , usadziłam i czmychnęłam do łazienki coby rozdziać ciało z błękitnej piżamy w białe myszki (to żaden znak...promocja była!) Doprowadzona do stanu względnej używalności klapnęłam na wersalkę przy Marianku patrząc znacząco w stronę kuchni gdzie przy moich flaczkach z chochelką stała Mania bezceremonialnie siorbiąc i próbując potrawę. Flaczki...wyszły - dosłownie . Zniknęły w gardzielach moich gości zanim mruknęłam powieką.
Nic to..ważne że naszym nowożeńcom udało się ogarnąć wszystkie proceduralne tematy no i nareszcie ustalili datę zaślubin. Kochani - 9 maja kamienica świętuje!!! Niestety nie udało im się ogarnąć żadnej salki (wolna była tylko ta koło cmentarza z reguły wykorzystywana na stypy zwana Strefą Ciszy) zatem skromne weselisko odbędzie się pod gwiazdami - a dokładnie na Mariankowej schedzie po wujaszku. Popatrzyłam ukosem widząc oczyma wyobraźni jak upojona domową gorzałką tańczę dzikiego walczyka i lecę centralnie na jeden z rogów nadal zasilających Mariankową upiorną kolekcję. Przełknęłam głośno ślinę dodając do tego aż nazbyt wyraźnego wyobrażenia armageddon w postaci burzy z piorunami w czasie której pochylona czasem ruina wali nam się na głowy.
Nowożeńcy na szczęście wynajmą namiot pod którym naszym łepetynom podobno nic nie grozi. Kasy na orkiestrę brak ale Marianek dzięki Bogusiowi wykorzysta kapelę więzienną. Członkowie póki co nie siedzą, siedzieć nie zamierzają bo grają pod Pałacem Kultury i to podobno całkiem nieźle.
Problem nr 1 to panna młoda, rwie włosy z głowy bo w to ma się ubrać...bo rozwódka , nie dziewica , w wieku hhmmm poprodukcyjnym, no i kochanego ciałka nadmiar...
Uspokoiłam niewiastę ,że co jak co ale dzielna brygada czyli Ja Bożenka Małgosia Cygana i Gienia to już z niejednego pieca chleb jadłyśmy, ponadto obdarzone zostałyśmy w nadmiarze nietuzinkowym gustem, wyczuciem stylu, obczajone mamy wszystkie second handy w promieniu 30 km i z powrotem, obczaimy kieckę taką , że proszę siadać. Makijaż dołożymy gratis. Sztuczne rzęsy też.
Pozostaje jeszcze kwestia cateringu (poza wódeczką bo tą i to w nadmiarze będzie nocami pędził Marianek z Bogusiem), bukietu ślubnego, obrączki kupili w lombardzie (z wyrytym napisem "Wieczna miłość ' Wiesia i Roman ale nic to....może się zetrze na szlifierce). Jakiś sprzęt grający jakby kapela więzienna wymiękła w ferworze walki co przy tak łatwym dostępie do trunków jest pewne jak nic. No i kurczę nasze kiecki! Makijaże! Może kapelusze! I kurczę blade...partner by się przydał. Marne szanse ale pora ruszyć tyłek i przejrzeć książkę kontaktów w telefonie. Albo dać ogłoszenie do gazety ...albo...
Siedzę i myślę mieszając chochelką w zupie kalafiorowej. Po flaczkach nie został nawet zapach. Trzeba zwołać walne zebranie w kamienicy i zacząć działać. Zresztą dawno imprezki nie było. Takiej z przytupem. To w w Bagatelce plama na honorze. Tak się, cieszę, że już wiosna mi puka do okien (i woła umyj je wreszcie bo nic nie widać) - uwielbiam tą porę roku. I to jest ten moment kiedy się zastanawiam co takiego przyniesie się ze sobą...dla mnie i dla całej fantastycznej ekipy z naszej kamienicy. Rozmarzyłam się....