Pozdrawiam Wszystkich i życzę udanej zabawy...
Z życia pewnej kamienicy :)
Proszę by każdy nowy wątek rozpoczynał się wierszem. Najlepiej by to był wiersz autora wątku, ewentualnie wiersz na temat sanatorium.
Uwaga! Jeśli wstawiacie czyjąś twórczość, pamiętajcie, że powinniście posiadać zgodę autora lub właściciela praw na publikację. To bardzo ważne.
Proszę też by nie tworzyć tu wątków, które bardziej pasują do działu "Na każdy temat". Niech ten dział będzie wyłącznie związany z twórczością sanatoryjnych poetów
Poza tym obowiązują wszystkie zasady z regulaminu ogólnego pisania postów na forum dostępnego tu viewtopic.php?t=10
- malgorzatas
- Przyjaciel forum

- Posty: 58948
- Na forum od: 16 lis 2013 14:16
- Oddział NFZ: Wielkopolski
- Staż sanatoryjny: 6
- Podziękował: 1 raz
- Podziękowano: 2 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Pozdrawiam Wszystkich i życzę udanej zabawy...
- malgorzatas
- Przyjaciel forum

- Posty: 58948
- Na forum od: 16 lis 2013 14:16
- Oddział NFZ: Wielkopolski
- Staż sanatoryjny: 6
- Podziękował: 1 raz
- Podziękowano: 2 razy
-
forumowicz
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Pan Jureczek zadomowił się na dobre. Pukał, stukał, tynk zdzierał, koszulki zmieniał. Ja uskrzydlona widokiem zmieniającego się stanu ściany, chyba też nieco rozczulona jego samozaparciem smażyłam, kleiłam, kroiłam , siekałam co by tylko podniebienie mojego mistrza miało się jak należy. Nawet sernik upiekłam, co prawda z lekkim zakalcem ale Jureczek spożył.
Teraz też stał w kuchni...w jednej ręce trzymał pędzel i z zapamiętaniem mieszał w wiadrze coś co miało nadać mojemu sufitowi idealnie satynowej struktury, delektując się jednoczenie makaronikiem z grzybkami. Grzybki przyniósł wczoraj Marianek w ramach przeprosin za nieco tylko rozwalone drzwi wejściowe (drabina wejść nie chciała). Prezencik potraktowałam jak pies śledczy...jeszcze mi tu sromotników lub innego badziewa naniesie łażąc po lesie w oparach piwnych...tym niemniej poza maślaczkami pierwszej klasy żadnych potencjalnych trujaków nie było .
Co do trunków, od pamiętnej nocy na myśl o której gęsior pojawiał mi się nawet w intymnych miejscach ciała trzymałam się z daleka.
I tak może czas przyszedł zanim przejdziemy do meritum naszej historii ,opowiedzieć co nieco o sobie. Florentyna jestem. Babcia Leokadia pewnikiem mamusi to imię podsunęła bo Florki to stonowane, dotrzymujące słowa kobiety. W pełni wiarygodne i o nienagannych manierach. Oczywistym mało rozrywkowe , szczególnie jeżeli chodzi o rozrywki hm....niskich lotów.
Albo Babcia też dostała od kogoś grzybki albo pojawiła się nietypowa komórka jajowa, zwał jak zwał wyklułam się ja. Jedyna w swoim rodzaju. Wszędobylska, wścibiająca noc w nie swoje sprawy, nadpobudliwa i bynajmniej nie stroniąca od rozrywek. Przy tym wszystkim abyście mnie nie ukamienowali , murem stojąca za przyjaciółmi i cholernie wrażliwa – nawet jak gram chojraka.
I jeszcze bardziej cholernie samotna bo do tego bigosu cech niepożądanych przez Panów doszła niezależna i nieco awanturnicza dusza. I tak sobie ta dusza hula ...raz na wozie raz pod wozem.
Panu Jureczkowi widocznie bigos smakował bo maślanym wzrokiem wpatrywał się w moje nieco podkrążone oczęta (skromnie spuszczone) schodząc nieco bezwiednie do rowka między piersiami (dumnie wypiętymi) Może i to nie Adonis ale zawsze płeć męska czyż nie?
Mikstura została zmieszana a mój wybawca raźnym krokiem z pędzlem w zębach i w nowej koszulce z napisem „ W życiu faceta wszystko komplikuje fakt, że po drugiej stronie cycków jest przymocowana kobieta” wdrapał się na drabinę...
Usiadłam w kuchni i mimowolnie zanurzyłam myślami ...jak ja to sobie leżę wygodnie w odmalowanym pokoju a Pan Jureczek podaje mi na srebrnej tacy tartinki aż tu nagle...
Usłyszałam ni to pisk ni to jęk , tysiąc myśli przemknęło mi przez skołataną tym dźwiękiem głowę. Pana Jureczka popieścił prąd, Pan Jureczek doznał rozległego zawału...Wpadłam do pokoju jak raca na sylwestra w atmosferę. Mój żarliwy absztyfikant wisiał w dziwnej pozycji pod sufitem. Dziwnej bo jedną ręką trzymał pędzel mocno przyciśnięty do sufitu a drugą próbował w spazmatycznych ruchach oderwać od drabiny. Ekwilibrystyka nie trwała długo bo drabina i tak nadgryziona zębem czasu tego ataku nie przetrwała. Pan Jureczek z przenikliwym wrzaskiem tudzież z drabiną (dla mnie patrzącej i oniemiałej działo się to prawie w zwolnionym tempie) runął na dół. Zahaczając przy tym o szklany stolik, już prawie przy ziemi pociągnął jeszcze za sobą rachityczną palmę , która spadając na niego dopełniła apokaliptycznego widoku końca ...może nie świata ale mojego dobrego samopoczucia na pewno.
-
forumowicz
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
- malgorzatas
- Przyjaciel forum

- Posty: 58948
- Na forum od: 16 lis 2013 14:16
- Oddział NFZ: Wielkopolski
- Staż sanatoryjny: 6
- Podziękował: 1 raz
- Podziękowano: 2 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Czekamy na dalszy ciąg. .....
Kurczę jak tutaj fajowo się robi...
-
forumowicz
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Nie wiem kto zarządził akcją reanimacyjną tudzież dowozem do szpitala bo film urwał mi się doszczętnie. Lepiej niż po mieszance niewiadomego pochodzenia na jednej ze studenckich imprez.
I tak doszliśmy do początku i bynajmniej jeszcze nie końca tej historii.
Siedzę na korytarzu czekając aż ktokolwiek raczy zdjąć to cholerne wiaderko z mojej nogi. Samotności nie czuję, jakże by inaczej są prawie wszyscy. Pani Jadzieńka znalazła nawet kapliczkę w której intonuje 500 zdrowaśkę...Coś mi się zdaje, że albo zaraz wszystkich nas wsadzą na psychiatryczny albo tylko mnie bo eksploduję...
Nie będę Was zanudzać dość powiedzieć, że Pan Jureczek (niech go jasny dunder świśnie) do swojej sławetnej mieszanki dodał cholera wie po co (i proszę mi tu nie gadać o oczętach i nazbyt widocznym rowku między piersiami) mocno wiążącego kleju co linią krętą zaprowadziło go na oddział ortopedyczny z złamaniami wszelakimi, sercem jak zakładam również bo jak tylko się obudził a mnie zdjęto wraz z 90% naskórka to mazidło nie przebierając w słowach i nie bacząc na przerażonego staruszka obok (wyszeptał teatralnym szeptem „bies nie baba”) gdzie może sobie wsadzić swoje złote rączki i połamaną drabinę na dodatek.
Cała brać dzielnie czekała na inspekcję mojego odnóża. Jakby całego tego chłamu nie było dosyć
nadziałam się na kogo? Kogo? Otóż środkiem korytarza z pojemniczkiem pełnym pierożków (a jakże) truchcikiem z zadyszką posuwała się...Mania. Oczywistym tuż na nią wpatrzony w podłogę sunął Marianek (co jak co ale zachowało chłopisko zimną krew podczas całej akcji). Obydwoje z siłą inercji na środku tegoż to szpitalnego korytarza wpadli na siebie jak nie przymierzając dwa słusznych gabarytów lwy morskie. Wrzask Marianka chyba rozkruszył klajster dookoła mojego odnóża. Mania jak zraniona hmmm...łosza wyszeptała „ To Ty Ukochany!” złapała się teatralnie za serce by następnie z impetem osunąć się na podłogę. Zapanowała konsternacja. Przecież kurczę tylko ja o Mani wiedziałam i szczerze mówiąc jakoś mi kobita w ferworze walki umknęła z obciążonej innymi myślami łepetyny.
Panowie trzymali Marianka próbującego w ataku paniki sforsować drzwi do sali operacyjnej celem ewidentnego dania dyla. Panie (poza tą jedną obciążoną jak topielec- samobójca przez skokiem) reanimacji omdlałej matrony. Zapanował jeszcze większy chaos...
-
forumowicz
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
- ANDY12345
- Super Kuracjusz

- Posty: 19781
- Na forum od: 26 maja 2018 11:42
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 3
- Podziękował: 4 razy
