to było zaraz w pierwszym tygodniu....musiałem do bankomatu iść, wiadomo, zbyt szybkie tempo...
bankomat był chyba koło czegoś co było i pocztą i kioskiem ruchu
myślę, sobie...pójdę sie przejść , bo nawet nie zobaczę tego Polańczyka...jak tak dalej będzie
poszedłem , pod górkę, do "miasta"
pięknie grzał słoneczko, za mnie parowało...gdzieś w połowie drogi, musiałem odpocząć, ławka była wybawieniem..śpiew ptaków, słońce...ech...
nagle, patrzę , a tu znikąd widzę kobiecinę tachającą dwa wiaderka pełne wody, pod górkę , idącą na wprost mnie...
sam ledwie żywy, podbiegłem , wyrwałem jej te wiadra , z okrzykiem - Pomogę Pani..

i zaniosłem je , stawiając koło ławki...Pani doczłapała, dysząc...usiadła obok..podziękowała i ....po wymianie uprzejmości, w trakcie odpoczynku, co się okazało...