Re: Z życia pewnej kamienicy :)
: 01 gru 2018 16:23
Antyterroryści w akcji
Jeszcze tego nie było… spędziłam z dziewczynami noc w areszcie. Calutką nockę… C-A-L-U-T-K-Ą … ja - obraz niewinności… Gosia – uosobienie dobroci… Gienia – oaza spokoju… Cygana niewinne dziewczę. Wszystko przez tę współpracę miast… niech to dunder świśnie… nic tylko dać w pysk tym, co to se wymyślili, że nasze miasto zacieśni więzi z jakimś tam miastem (nawet nie wiem jakim) zza Odry.
Od jakiegoś czasu nasze miasto co raz wymienia się z innym miastem wszelakim dobrem. A to dzieciaki ze szkoły jadą na jakiś czas za Odrę, a na ich miejsce przyjeżdżają tamtejsze. To jeszcze rozumiem, niech młodzież łyknie tego zgniłego zachodu… później doceni nasz pikny kraj.
A to strażacy miast u nas gasić pożary, to gaszą za Odrą, a w Szczecinie jakieś obce się wożą… My to nawet zaprzestaliśmy ekscesów, co by nam obce po kamienicy z sikawkami nie latały. Jak onegdaj Honoratce firany się zapaliły, bo to dzieciska jakieś tam doświadczenia z chemii przeprowadzały… kto to do domu zadaje tak niebezpieczne prace…. to sami żeśmy ugasili. Nie będzie nam obcy w gary zaglądał. Naszym, to i bigosiku by się dało… nawet kaszanki…. a co? Uratowali, to trza ugościć. A tak… to na swe barki przejęliśmy trud ratowania mienia.
A to znów ambulans z nie naszymi konowałami mknie na sygnale pod oknami Bagatelki. I tylko my bidoki na tym tracimy, bo jak to onegdaj Jadzieńka dostała boleści, to zamiast starym zwyczajem przyjechać, dać kobiecinie rycynę, to Ją do szpitala na sygnale odwieźli, coś tam do Niej szwargotali, a że babina po ichniejszemy tylko jawol i jawol umie… to tak się dogadała, że całą noc na ostrym dyżurze przeleżała. A jakby byli nasi, to by babinie dali rycynę (toż wiedzą, że czasem niepamiętliwa i je 2 razy obiad, bo się Jej zdaje, że jeszcze dziś nic nie jadła) i na drugi dzień by śmigała jako ta młódka, co to przed kawalirami ucieka w ten lany poniedziałek. I z tego wszystkiego, to nawet swych zdrowasiek w szpitalu nie klepała… tak była na tych zza Odry wkurzona. Jeszcze naszą Służbę Zdrowia na koszta naciągnęli. A taki niby oszczędny naród… chrzanić tę ich oszczędność.
Tym razem padło na naszą kochaną policję. Dzielnicowy odpicowany, jak nie przymierzając stróż w Boże Ciało, zabrał cały posterunek i wyruszył w nieznane… miejsce znane, bo za Odrą… ale co ich tam miało czekać, to wielka nieznana. Na ich miejsce przysłali jakiś takich, co to nijak było się z nimi dogadać. Mariankowi wlepili mandat tylko za to, że nie miał światełka przy wózeczku, co to nim złom woził. Od kiedy to trza przy dziecinnym wózeczku światło? Ponoć pojazd usługowy, to trza… jaka tam usługa… wozi se złom na własne potrzeby. Nie dziwię się, że Marianek trzepnął Hansa przez gnat, za co zarobił drugi mandat… niby za napaść na funkcjonariusza. Jaka ja się pytam napaść? Rachunek tylko chciał wyrównać… a przecie nasz dzielnicowy mało to razu dostał w pychol od naszych chłopaków i co?... Żadnego halo nie było… jeszcze z nimi pod garażami piwko chlapnął. Marianek chciał jeszcze dyskutować z władzą (dla nas to żadna władza… my patrioci, to tylko swego się słuchamy)…ale Karolek, ten co to miał kuzynów za Odrą i wyszkolił się w ichniejszym jazgocie wyjaśnił Mariankowi, ta ich władza powiedziała, że jak jeszcze raz podniesie rękę na stróżów prawa, to pójdzie w areszt. Marianek nasłuchawszy się od Bogusia różniastych opowieści o pobycie za kratami, rękami i nogami bronił się przed tym zakładem. Widmo braku chmielu działało wręcz jak melisa. I choć ręka Mariankowi goniła, by przyfasować Niemiaszkowi… pohamował swe zapędy i dał w tył zwrot mamrocząc… ja Wam jeszcze pokażę. I pokazał… odszedł tak ze trzy kamienice, ściągnął portki, wypiął zadek i wystawił swe pokaźne dupsko. Jeden z policajów ponoć wybałuszył oczy i coś tam szwargotał szykując pałkę, by lecieć za Mariankiem i gnata Mu przetrzepać, ale chyba dojrzał ten lud, co to przy Marianku się zgromadził i odpuścił. My się nie damy… dwie wojny z nimi wygraliśmy… o Grunwaldzie nie wspominając… to i tę pewnikiem byśmy wygrali. Jak przychodzi co do czego… ni ma waleczniejszego luda, niż ten nasz słowiański.
Tak więc od tygodnia mieliśmy tę nie naszą władzę, dogadać się z nimi nie szło, ale pocieszaliśmy się, że lada dzień i zjedzie nasz dzielnicowy. Postanowiliśmy przeczekać, a żeby jakoś wytrwać w tych czterech ścianach postanowiłyśmy z Gosią, Gienią i Cyganą zrobić se salon pikności. Florcia gdzieś wybyła, to co było robić? Wyjdziemy później takie pikne, dzielnicowy jak nas ujrzy, to będzie żałował, że takie niewiasty zostawił na pastę obcej władzy.
Jako, że Gienia wyporządziła już ten składzik, co go na mieszkanko wybrała, postanowiłyśmy zrobić wstępną parapetówkę. Winko się znalazło, baaaa… nawet dwa…. Gosi zostały te poranne drożdżóweczki, Cygana resztki orzeszków przyniosła …. to żeśmy się zadekowały u Gieni. Popijamy, ploteczki lecą… wyjście nam się żadne nie szykuje, to dawaj… maseczki na pysk i niech choć tyle od życia się nam należy. I pewno wieczór minął by spokojnie.. te dwa winka nawet by nas nie ululały… o urwaniu się filmu nawet nie wspomnę, ale pech… Gosia zabrała ze sobą papugę. A ta chyba ostatnio karmiona była kryminałami, bo jak nie zaczęła.
- Zabij gada… zabij gada… w mordę go… tasakiem.
Widocznie znów Marianek dorwał się do papugi i szkolił ptaszysko… co często Mu się zdarzało, choć i inni mieli w tym niemałą zasługę. Papuga była nader pojętna… w przyswajaniu sobie nowych słówek, to biła na łeb nawet syna Honoratki… a ponoć był taki zdolny, że go na uniwerek przyjęli.
Tak więc repertuar naszej papugi (no może i była Gosi, ale w naszej Bagatelce, to cholerka jak nic nasza)… był bardzo bogaty. Nigdy nie wiadomo było z czym wystrzeli, ale jakoś nawykłyśmy do tego jej skrzeczenia, żadna nawet jej nie uciszała, bo i po co? Niech się wygada… jak to baba ptasiego rodu też czasem musi.
I tu nagle traaaaaaaaaaaach… z hukiem wylatują drzwi, tak jebutło, jakby ktoś dynamit pod nie podłożył… Yabba Dabba Doo!!!! …….. i czterech gości w maskach wpada. Pierwsza myśl… napad… trza ratować tę filiżankę z miśnieńskiej porcelany, com to ją pożyczyła od Florci. Jak nic bandyty zajumią Florciny spadek po prababci. Nie zdążyłam… ciepnęli mnie na glebę, dziewczyny postawili pod ścianą i cosik tam szwargocą. Tego to już było za wiele. Przypomniała mi się owa walka karate, com to ją tak zawzięcie ćwiczyła i jak się nie odwrócę, jak nie kopnę tego w masce w piszczel, aż przysiadł, spluwa, co to ją dzierżył w łapskach poleciała pod nogi dziewczyn, tom jeszcze raz przyłożyła… tym razem w klejnoty. Niech mi tu napadu nie robią, żaden to bank u Gieni. Może i miała jakieś złocisze, ale wsio poszło na remont. Przypomniałam sobie jeszcze, że przecie wczoraj kupiła w ekskluzywnym sklepie (co się zowie „Wszystko za 4 zł”) wazonik. Nowy był, jeszcze nie wyszczerbiony… szkoda by go było. Gosia odruchowo… a bo trza wiedzieć, że to kobitka bardzo porządna… nic tylko by sprzątała, nic po podłodze nie może się walać… no to sięgnęła po ten pistolet, co to Jej pod nogi upadł… i wtedy to się rozszalało. Jako następna dołączyła do mnie… obie już leżałyśmy na tej glebie… no może trochę przesadzam, bo Gienia pikny dywanik rozłożyła, ale byłyśmy w pozycji horyzontalnej… I co było dalej to szkoda gadać.
Zgarnęli nas… tak jak stałyśmy… a raczej Gienia z Cyganą stały… ja z Gosią całe w strachu leżałyśmy na tej podłodze, tuląc się do siebie… i o mało żeśmy się ze strachu nie posrały… ale obyło się bez tej wpadki. Zapakowali nas do radiowozu i odwieźli do aresztu. A ta cała winowajczyni… znaczy się papuga, to licho wie gdzie się skryła. Alibi nam przepadło, bo jak tu wyjaśnić… kto do tego mordu namawiał?? Przekimałyśmy noc i dopiero rano, jak wrócił nasz dzielnicowy, wyjaśniło się co i jak.
Otóż patrol tych zza Odry wolniutko sobie jeździł po naszych (przecie spokojnych) ulicach, gdy nagle słyszą piekielne wrzaski:
- Zabij gada… zabij gada… w mordę go… tasakiem.
Jak oni to zrozumieli, to ja nie wiem… przecie po naszemu nie gadali…. później wyszło, że i owszem gadali, tylko się im nie chciało… jak my po ichniemu nic, to i oni po naszemu nic…. i myśląc, że to jakiś mord, pozakładali maski na zakute łby i taranem we drzwi. A że Gienia drzwi jeszcze nie wymieniła i były jakie były… ręką by je pchnął i by na oścież się otwarły…. to i poleciały z hukiem. Policaje wpadają i co widza? Jakieś trzy indywidua, upaćkane na czerwono (a bo to nasza wina, że maseczka była jako ta krew tryskająca z zarzynanego prosiaka) siedzą na kanapie, wymachują rękami, coś tam wrzeszczą (jakie tam wrzaski, se tylko plotkowałyśmy)… a ja (z równie czerwonym pycholem) wymachuję nożem (akurat kroiłam żółty ser, co by zrobić koreczki do tego winka). No to mnie na glebę, dziewczyny pod ścianę i zgarnęli nas za usiłowanie morderstwa.
Rano dzielnicowy się zjawił (chwała Ci Panie, że wrócił z tej pożal się Boże wymiany), od słowa do słowa i wyciepał tych nowych. Nas to jeszcze piknie przepraszał, ale co z tego? Maseczki na pycholach nam zaschły, wyglądały jako ta gleba z „W Pustyni i Puszczy”, co to ją Staś z Nel przemierzali…. cała popękana, jakby po rocznym braku opadów… Przez 3 dni to świństwo żeśmy usuwały…. Miejscami to nawet skóra z tym paskudztwem zlazła. I przez co? Przez durną wymianę zasobów ludzkich. Jeszcze w tych maseczkach trafiłyśmy do niemieckiej gazety….. ładne mi kryminalistki. Co to nawet karpia boją się zaszlachtować.
Teraz to chyba przez miesiąc nie wyjdziemy z mieszkania. Dość, że potraktowali nas jak najgorsze kryminalistki, to jeszcze opisali w ichniejszej gazecie. No cholerka… wstydu nie mają, ale co było się spodziewać po zgniłym zachodzie???
Polskie morderczynie z Bagatelki
Jeszcze tego nie było… spędziłam z dziewczynami noc w areszcie. Calutką nockę… C-A-L-U-T-K-Ą … ja - obraz niewinności… Gosia – uosobienie dobroci… Gienia – oaza spokoju… Cygana niewinne dziewczę. Wszystko przez tę współpracę miast… niech to dunder świśnie… nic tylko dać w pysk tym, co to se wymyślili, że nasze miasto zacieśni więzi z jakimś tam miastem (nawet nie wiem jakim) zza Odry.
Od jakiegoś czasu nasze miasto co raz wymienia się z innym miastem wszelakim dobrem. A to dzieciaki ze szkoły jadą na jakiś czas za Odrę, a na ich miejsce przyjeżdżają tamtejsze. To jeszcze rozumiem, niech młodzież łyknie tego zgniłego zachodu… później doceni nasz pikny kraj.
A to strażacy miast u nas gasić pożary, to gaszą za Odrą, a w Szczecinie jakieś obce się wożą… My to nawet zaprzestaliśmy ekscesów, co by nam obce po kamienicy z sikawkami nie latały. Jak onegdaj Honoratce firany się zapaliły, bo to dzieciska jakieś tam doświadczenia z chemii przeprowadzały… kto to do domu zadaje tak niebezpieczne prace…. to sami żeśmy ugasili. Nie będzie nam obcy w gary zaglądał. Naszym, to i bigosiku by się dało… nawet kaszanki…. a co? Uratowali, to trza ugościć. A tak… to na swe barki przejęliśmy trud ratowania mienia.
A to znów ambulans z nie naszymi konowałami mknie na sygnale pod oknami Bagatelki. I tylko my bidoki na tym tracimy, bo jak to onegdaj Jadzieńka dostała boleści, to zamiast starym zwyczajem przyjechać, dać kobiecinie rycynę, to Ją do szpitala na sygnale odwieźli, coś tam do Niej szwargotali, a że babina po ichniejszemy tylko jawol i jawol umie… to tak się dogadała, że całą noc na ostrym dyżurze przeleżała. A jakby byli nasi, to by babinie dali rycynę (toż wiedzą, że czasem niepamiętliwa i je 2 razy obiad, bo się Jej zdaje, że jeszcze dziś nic nie jadła) i na drugi dzień by śmigała jako ta młódka, co to przed kawalirami ucieka w ten lany poniedziałek. I z tego wszystkiego, to nawet swych zdrowasiek w szpitalu nie klepała… tak była na tych zza Odry wkurzona. Jeszcze naszą Służbę Zdrowia na koszta naciągnęli. A taki niby oszczędny naród… chrzanić tę ich oszczędność.
Tym razem padło na naszą kochaną policję. Dzielnicowy odpicowany, jak nie przymierzając stróż w Boże Ciało, zabrał cały posterunek i wyruszył w nieznane… miejsce znane, bo za Odrą… ale co ich tam miało czekać, to wielka nieznana. Na ich miejsce przysłali jakiś takich, co to nijak było się z nimi dogadać. Mariankowi wlepili mandat tylko za to, że nie miał światełka przy wózeczku, co to nim złom woził. Od kiedy to trza przy dziecinnym wózeczku światło? Ponoć pojazd usługowy, to trza… jaka tam usługa… wozi se złom na własne potrzeby. Nie dziwię się, że Marianek trzepnął Hansa przez gnat, za co zarobił drugi mandat… niby za napaść na funkcjonariusza. Jaka ja się pytam napaść? Rachunek tylko chciał wyrównać… a przecie nasz dzielnicowy mało to razu dostał w pychol od naszych chłopaków i co?... Żadnego halo nie było… jeszcze z nimi pod garażami piwko chlapnął. Marianek chciał jeszcze dyskutować z władzą (dla nas to żadna władza… my patrioci, to tylko swego się słuchamy)…ale Karolek, ten co to miał kuzynów za Odrą i wyszkolił się w ichniejszym jazgocie wyjaśnił Mariankowi, ta ich władza powiedziała, że jak jeszcze raz podniesie rękę na stróżów prawa, to pójdzie w areszt. Marianek nasłuchawszy się od Bogusia różniastych opowieści o pobycie za kratami, rękami i nogami bronił się przed tym zakładem. Widmo braku chmielu działało wręcz jak melisa. I choć ręka Mariankowi goniła, by przyfasować Niemiaszkowi… pohamował swe zapędy i dał w tył zwrot mamrocząc… ja Wam jeszcze pokażę. I pokazał… odszedł tak ze trzy kamienice, ściągnął portki, wypiął zadek i wystawił swe pokaźne dupsko. Jeden z policajów ponoć wybałuszył oczy i coś tam szwargotał szykując pałkę, by lecieć za Mariankiem i gnata Mu przetrzepać, ale chyba dojrzał ten lud, co to przy Marianku się zgromadził i odpuścił. My się nie damy… dwie wojny z nimi wygraliśmy… o Grunwaldzie nie wspominając… to i tę pewnikiem byśmy wygrali. Jak przychodzi co do czego… ni ma waleczniejszego luda, niż ten nasz słowiański.
Tak więc od tygodnia mieliśmy tę nie naszą władzę, dogadać się z nimi nie szło, ale pocieszaliśmy się, że lada dzień i zjedzie nasz dzielnicowy. Postanowiliśmy przeczekać, a żeby jakoś wytrwać w tych czterech ścianach postanowiłyśmy z Gosią, Gienią i Cyganą zrobić se salon pikności. Florcia gdzieś wybyła, to co było robić? Wyjdziemy później takie pikne, dzielnicowy jak nas ujrzy, to będzie żałował, że takie niewiasty zostawił na pastę obcej władzy.
Jako, że Gienia wyporządziła już ten składzik, co go na mieszkanko wybrała, postanowiłyśmy zrobić wstępną parapetówkę. Winko się znalazło, baaaa… nawet dwa…. Gosi zostały te poranne drożdżóweczki, Cygana resztki orzeszków przyniosła …. to żeśmy się zadekowały u Gieni. Popijamy, ploteczki lecą… wyjście nam się żadne nie szykuje, to dawaj… maseczki na pysk i niech choć tyle od życia się nam należy. I pewno wieczór minął by spokojnie.. te dwa winka nawet by nas nie ululały… o urwaniu się filmu nawet nie wspomnę, ale pech… Gosia zabrała ze sobą papugę. A ta chyba ostatnio karmiona była kryminałami, bo jak nie zaczęła.
- Zabij gada… zabij gada… w mordę go… tasakiem.
Widocznie znów Marianek dorwał się do papugi i szkolił ptaszysko… co często Mu się zdarzało, choć i inni mieli w tym niemałą zasługę. Papuga była nader pojętna… w przyswajaniu sobie nowych słówek, to biła na łeb nawet syna Honoratki… a ponoć był taki zdolny, że go na uniwerek przyjęli.
Tak więc repertuar naszej papugi (no może i była Gosi, ale w naszej Bagatelce, to cholerka jak nic nasza)… był bardzo bogaty. Nigdy nie wiadomo było z czym wystrzeli, ale jakoś nawykłyśmy do tego jej skrzeczenia, żadna nawet jej nie uciszała, bo i po co? Niech się wygada… jak to baba ptasiego rodu też czasem musi.
I tu nagle traaaaaaaaaaaach… z hukiem wylatują drzwi, tak jebutło, jakby ktoś dynamit pod nie podłożył… Yabba Dabba Doo!!!! …….. i czterech gości w maskach wpada. Pierwsza myśl… napad… trza ratować tę filiżankę z miśnieńskiej porcelany, com to ją pożyczyła od Florci. Jak nic bandyty zajumią Florciny spadek po prababci. Nie zdążyłam… ciepnęli mnie na glebę, dziewczyny postawili pod ścianą i cosik tam szwargocą. Tego to już było za wiele. Przypomniała mi się owa walka karate, com to ją tak zawzięcie ćwiczyła i jak się nie odwrócę, jak nie kopnę tego w masce w piszczel, aż przysiadł, spluwa, co to ją dzierżył w łapskach poleciała pod nogi dziewczyn, tom jeszcze raz przyłożyła… tym razem w klejnoty. Niech mi tu napadu nie robią, żaden to bank u Gieni. Może i miała jakieś złocisze, ale wsio poszło na remont. Przypomniałam sobie jeszcze, że przecie wczoraj kupiła w ekskluzywnym sklepie (co się zowie „Wszystko za 4 zł”) wazonik. Nowy był, jeszcze nie wyszczerbiony… szkoda by go było. Gosia odruchowo… a bo trza wiedzieć, że to kobitka bardzo porządna… nic tylko by sprzątała, nic po podłodze nie może się walać… no to sięgnęła po ten pistolet, co to Jej pod nogi upadł… i wtedy to się rozszalało. Jako następna dołączyła do mnie… obie już leżałyśmy na tej glebie… no może trochę przesadzam, bo Gienia pikny dywanik rozłożyła, ale byłyśmy w pozycji horyzontalnej… I co było dalej to szkoda gadać.
Zgarnęli nas… tak jak stałyśmy… a raczej Gienia z Cyganą stały… ja z Gosią całe w strachu leżałyśmy na tej podłodze, tuląc się do siebie… i o mało żeśmy się ze strachu nie posrały… ale obyło się bez tej wpadki. Zapakowali nas do radiowozu i odwieźli do aresztu. A ta cała winowajczyni… znaczy się papuga, to licho wie gdzie się skryła. Alibi nam przepadło, bo jak tu wyjaśnić… kto do tego mordu namawiał?? Przekimałyśmy noc i dopiero rano, jak wrócił nasz dzielnicowy, wyjaśniło się co i jak.
Otóż patrol tych zza Odry wolniutko sobie jeździł po naszych (przecie spokojnych) ulicach, gdy nagle słyszą piekielne wrzaski:
- Zabij gada… zabij gada… w mordę go… tasakiem.
Jak oni to zrozumieli, to ja nie wiem… przecie po naszemu nie gadali…. później wyszło, że i owszem gadali, tylko się im nie chciało… jak my po ichniemu nic, to i oni po naszemu nic…. i myśląc, że to jakiś mord, pozakładali maski na zakute łby i taranem we drzwi. A że Gienia drzwi jeszcze nie wymieniła i były jakie były… ręką by je pchnął i by na oścież się otwarły…. to i poleciały z hukiem. Policaje wpadają i co widza? Jakieś trzy indywidua, upaćkane na czerwono (a bo to nasza wina, że maseczka była jako ta krew tryskająca z zarzynanego prosiaka) siedzą na kanapie, wymachują rękami, coś tam wrzeszczą (jakie tam wrzaski, se tylko plotkowałyśmy)… a ja (z równie czerwonym pycholem) wymachuję nożem (akurat kroiłam żółty ser, co by zrobić koreczki do tego winka). No to mnie na glebę, dziewczyny pod ścianę i zgarnęli nas za usiłowanie morderstwa.
Rano dzielnicowy się zjawił (chwała Ci Panie, że wrócił z tej pożal się Boże wymiany), od słowa do słowa i wyciepał tych nowych. Nas to jeszcze piknie przepraszał, ale co z tego? Maseczki na pycholach nam zaschły, wyglądały jako ta gleba z „W Pustyni i Puszczy”, co to ją Staś z Nel przemierzali…. cała popękana, jakby po rocznym braku opadów… Przez 3 dni to świństwo żeśmy usuwały…. Miejscami to nawet skóra z tym paskudztwem zlazła. I przez co? Przez durną wymianę zasobów ludzkich. Jeszcze w tych maseczkach trafiłyśmy do niemieckiej gazety….. ładne mi kryminalistki. Co to nawet karpia boją się zaszlachtować.
Teraz to chyba przez miesiąc nie wyjdziemy z mieszkania. Dość, że potraktowali nas jak najgorsze kryminalistki, to jeszcze opisali w ichniejszej gazecie. No cholerka… wstydu nie mają, ale co było się spodziewać po zgniłym zachodzie???
Polskie morderczynie z Bagatelki