Moja opinia o sanatorium "Wrzos" w Ciechocinku
: 03 lis 2024 10:40
Z pozoru sanatorium "Wrzos" jest luksusowe, codziennie zmieniane są obrusy w jadalni, posiłki są b. smaczne; także codziennie myte są korytarze. Również zabiegi wykonywane są na czas i łatwy jest kontakt z lekarzem.
Mimo to trzytygodniowy pobyt w tym sanatorium był udręką dla mnie i moich dwóch współtowarzyszek w pokoju. Mam chroniczne zapalenie jamy gardłowo-nosowej, dużo odkasłuję i zarażam innych. Dlatego chciałam być w osobnym pokoju. Nie dano mi jednak takiej możliwości, zostałam z góry przypisana do trójosobowego pokoju. Jedna z osób w pokoju miała mocno nadwyrężony słuch, a druga, kiedy tylko mogła, słuchała Radia Maryja. Obie krzyczały do siebie nawzajem, nie miałam możliwości wypoczynku.
Chciałam poczytać, ale było to możliwe bardzo rzadko z powodu krzyków w pokoju i braku właściwego oświetlenia - tylko małe lampki nocne i trupie oświetlenie z lampy wysoko na suficie. Także na korytarzu nie było to możliwe z powodu złego oświetlenia i stale kręcących się tam osób.
Na szczęście obok sanatorium jest piękny las i tam się chroniłam, ilekroć to było możliwe.
Sanatorium to moloch, obsługuje 200 osób jednorazowo. Nie jest przystosowane dla osób starszych, które błądzą po licznych korytarzach, poszukując miejsc swoich zabiegów. Musiałam często tłumaczyć starszym paniom w moim pokoju, jak mają trafić na zabieg, albo nawet je odprowadzać.
Brakuje świetlicy!!! O 16.30 zapadał już zmrok i nie było co robić! Nie mogłam ani poczytać, ani odpocząć.
Ponadto, zarażono mnie covidem. Najwyraźniej w sanatorium brakuje izolatek. Wyjechałam z niego chora!
Moją opinię jak najbardziej popierają p. Irena Stawowa i Krystyna Kołaczyńska, które mieszkały ze mną w pokoju. Wszystkie trzy nie mogłyśmy się doczekać wyjazdu!
Z poważaniem,
Anna Łobocka-óleksowicz
Mimo to trzytygodniowy pobyt w tym sanatorium był udręką dla mnie i moich dwóch współtowarzyszek w pokoju. Mam chroniczne zapalenie jamy gardłowo-nosowej, dużo odkasłuję i zarażam innych. Dlatego chciałam być w osobnym pokoju. Nie dano mi jednak takiej możliwości, zostałam z góry przypisana do trójosobowego pokoju. Jedna z osób w pokoju miała mocno nadwyrężony słuch, a druga, kiedy tylko mogła, słuchała Radia Maryja. Obie krzyczały do siebie nawzajem, nie miałam możliwości wypoczynku.
Chciałam poczytać, ale było to możliwe bardzo rzadko z powodu krzyków w pokoju i braku właściwego oświetlenia - tylko małe lampki nocne i trupie oświetlenie z lampy wysoko na suficie. Także na korytarzu nie było to możliwe z powodu złego oświetlenia i stale kręcących się tam osób.
Na szczęście obok sanatorium jest piękny las i tam się chroniłam, ilekroć to było możliwe.
Sanatorium to moloch, obsługuje 200 osób jednorazowo. Nie jest przystosowane dla osób starszych, które błądzą po licznych korytarzach, poszukując miejsc swoich zabiegów. Musiałam często tłumaczyć starszym paniom w moim pokoju, jak mają trafić na zabieg, albo nawet je odprowadzać.
Brakuje świetlicy!!! O 16.30 zapadał już zmrok i nie było co robić! Nie mogłam ani poczytać, ani odpocząć.
Ponadto, zarażono mnie covidem. Najwyraźniej w sanatorium brakuje izolatek. Wyjechałam z niego chora!
Moją opinię jak najbardziej popierają p. Irena Stawowa i Krystyna Kołaczyńska, które mieszkały ze mną w pokoju. Wszystkie trzy nie mogłyśmy się doczekać wyjazdu!
Z poważaniem,
Anna Łobocka-óleksowicz