Dzień dobry.
Ostatnio rzadko zaglądam, jeszcze rzadziej piszę, (brak czasu) ale temat podrzucanych kotów jest mi znany, dlatego postanowiłam z wami podzielić się moją kocią historią. Kilka lat temu podrzucono mi 4 maleńkie koty, nie bardzo mi się to podobało, bo to aż 4 zwierzaki, ale oczywistym było że trzeba się nimi zaopiekować. Jednego niestety po miesiącu przejechał samochód, drugi gdzieś zniknął, zostały mi dwa które są do dziś, to Gucio i Honoratka. Następnego roku powtórka, znów ktoś mi podrzuca 2 bardzo maleńkie koty. Wkurzyłam się okropnie ponieważ nie miałam zamiaru otwierać schroniska dla bezdomnych kotów, a nikt ze znajomych i sąsiadów ich nie chciał, a schroniska w ogóle nie przyjmują kotów od osób prywatnych. Ktoś mi podpowiedział że mam zadzwonić do Straży Miejskiej. Zadzwoniłam, pan oczywiście chciał mnie spławić, że to nie należy do ich obowiązków (na terenie mojej gminy nie ma schroniska dla zwierząt) to po pierwsze, a po drugie skąd on ma wiedzieć, że to nie moje koty i chcę się ich pozbyć.Ale nie dałam za wygraną i powiedziałam, że albo oni przyjadą po te koty, albo sama im je przywiozę i zostawię u nich w siedzibie, zwłaszcza że moje koty były już wysterylizowane. Pan "postawiony pod ścianą" poprosił o kilka dni, następnego dnia przyjechał z panią z Ochrony Środowiska, zrobili zdjęcia kotkom, a za kilka dni przyjechali je zabrać, bo znaleźli dla nich dom. Historia z happy end-em, ale kosztowało mnie to trochę nerwów. Napiszę jeszcze, że wiele gmin ma fundusze na darmową sterylizację bezpańskich (czyli tych dokarmianych) kotow, trzeba tylko złożyć odpowiedni wniosek do Ochrony Środowiska.
A kotełki Princi przepiękne.

Pozdrawiam wszystkich kochających zwierzęta.
