Kiedy byłam dzieckiem spędzałam święta na wsi w domu mojej babci. Tam pod obrusem zawsze było sianko, pod talerz z potrawą wkładano opłatek, który miał oznaczać, że jeżeli się przyklei do talerza np. z ziemniakami to w następnym roku będzie urodzaj ziemniaków. Był taki czerwony opłatek dla zwierząt. Potrawy jadło się łyżkami z dwóch talerzy. Czyli zależy po której stronie stołu się siedziało to do tego talerza się sięgało. A i przez cały czas od pierwszej do ostatniej potrawy nie wolno było odłożyć łyżki, jeżeli ktoś to uczynił siedząca osoba po sąsiedzku miała za zadanie uderzyć go łyżką w głowę, lub czoło. Wyjątek był przy spożywaniu ryby, do której potrzebne były wolne dwie ręce. Po wieczerzy panna o ile takowa była w towarzystwie zbierała wszystkie łyżki ze stołu wychodziła na podwórko klekocząc łyżkami krzyczała " chop chop z której strony mój chłop" i w zależnosci z której strony odezwał się pies z tej strony miał się pojawić pretendent do ręki.
Dzisiaj na wigili każdy ma swój własny talerz przed sobą, ale nadal jemy posiłki tylko łyżką, którą trzymamy cały czas w ręce. Do kilku pierogów wkładany jest pieniążek, który oznacza, że jeżeli na niego trafimy to będzie się nam finansowo szczęściło w następnym roku.
Kiedyś nosiłam w portwelu łuskę z karpia wigilijnego, ale przestałam bo nie rozmnażała ona pieniędzy
Kiedy ( będąc panienką) wyszłam na balkon z łyżkami mając nadzieję, że szczekający pies wskaże mi z której strony przybędzie do mnie ten jedyny. Usłyszałam tylko mojego psa znajdującego się w mieszkaniu. Żaden pies z osiedla nie wydał z siebie głosu. Przez cały rok byłam samotna i do wzięcia.... Przestał mi się podobać ten zwyczaj i do dnia dzisiejszego nie praktykujemy go na żadnej panience z rodziny.

