Tęskniąca kobieta, czyli rzecz o letnim, sanatoryjnym romansie.
20
LIP
To było deszczowe lato. Właśnie minęło pół roku od czasu, gdy nagle moje zdrowie rozsypało się z powodu lekkomyślności obcego człowieka. Z tej przyczyny pewnego ulewnego, letniego poranka przekroczyłam progi raju dla staruszków – sanatorium. Gdyby siedem miesięcy wcześniej ktoś oznajmił mi, że niedługo wyląduję w takim miejscu, wykonałabym sugestywny gest w jego stronę (puknięcie palcem w skroń) i zignorowała wariata. Niestety, mimo braku jakichkolwiek znaków na ziemi i niebie, przygnębiona wizją nieomal miesięcznego pobytu w sanatorium, przekroczyłam próg podwójnych, rozsuwanych drzwi.
- Usiądź, zapytam, gdzie mamy się udać.
Mężczyzna pozostawił mnie na plastikowym krzesełku, przy recepcji. Wiedziony intuicją nie spuszczał ze mnie wzroku nawet przez chwilę. Wiedział, że dyskretne opuszczenie tego miejsca, no dobra – ucieczka – to mój plan. Jedyny, jaki miałam.
Po dwóch minutach znaleźliśmy właściwy korytarz. Był pełen ludzi. W zdecydowanej większości starszych. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, wypatrzyłam kilkunastu młodszych pacjentów. Znowu usiadłam na cudem zdobytym przez Mężczyznę plastikowym krzesełku tortur. Kolejka przed gabinetem lekarskim była ogromna. Mimo deszczu uderzającego rytmicznie w szyby wielkich okien w poczekalni panował zaduch. Nic dziwnego, otaczał mnie tłum ludzi sowicie skropionych przeróżnymi pachnidłami. Te zaś splotły się ostatecznie z ich – wielorakimi – wypocinami. Przygotowana na długie czekanie, z książką w ręku i puszką red bulla między kolanami, odesłałam Mężczyznę po najnowszy numer „Bluszcza” i jak największy zbiór krzyżówek. Wiedząc, że tkwię już w trybach sanatoryjnego procesu przyjęć, bez oporów opuścił przepełniony korytarz.
- Mamo!
....."Do siedzącej jedno krzesełko ode mnie kobiety podbiegł mały chłopiec. Tuż za nim kroczył mężczyzna.
- Mamo, kupiłem ci sok i gazety. Zobacz!
Dzieciak uwiesił się na szyi rodzicielki. Obrzuciłam ją dyskretnym – a bynajmniej takim miał być w założeniu – spojrzeniem. Szczupła brunetka z kaskadą bujnych włosów i pełnymi, zmysłowymi ustami.
- Kochanie, nie jesteś głodny?
Drobną dłonią głaskała głowę syna. Mąż przykucnął obok nich, by co chwilę obsypywać pocałunkami policzki żony. Trzeba przyznać, że scenka była naprawdę urocza. Z biegiem minut dzieciak robił się coraz bardziej płaczliwy.
- A jutro już przyjedziemy do Ciebie?
- Jutro nie. Za pięć dni.
- A pojutrze?
Malec wytrwale przeliczał dni do czasu, gdy będzie w końcu znowu z mamą. Przyznaję, że przestałam czytać książkę i z lekko przymkniętymi oczami śledziłam pożegnanie rodziny. Gdy kobieta przeszła badanie lekarskie nadszedł czas rzeczywistej rozłąki. Mężczyzna, który zdążył już do mnie wrócić, zmarszczył lekko brwi. Nie lubi publicznego obnażania emocjonalnego.
- Jak ja was kocham. Jak ja bez was tu przeżyję…
Kobieta wybuchnęła szlochem. Malec poszedł w jej ślady. Ale to głośne chlipanie męża doprowadziło mojego Mężczyznę do komentarza:
- Wysyłają was na Syberię, czy co?!
Prychnęłam ukrytym śmiechem. I to mówi ktoś, kto tęskni za mną nawet, gdy za długo siedzę w gabinecie
Bardziej lub mniej czułe pożegnania w końcu dobiegły końca, bliscy wrócili do codzienności zdrowych, zaś ja i pozostali pacjenci weszliśmy w tryb życia wytyczany kolejnymi zabiegami rehabilitacyjnymi. Dla niektórych uczestników turnusu ubiegający czas wyznaczały kolejne wieczorne popijawy, romanse i miłosne zmagania w parku otaczającym sanatoryjny budynek. Do tych tematów wrócę w innych wpisach – wierzcie mi, będziecie w szoku, bo imprezy i seks to główne zajęcie rehabilitujących się emerytów.
Kobietę z poczekalni parokrotnie mijałam na sanatoryjnych korytarzach. Grzeczne pozdrowienie i każda szła szła w swoją stronę. Dzień przed zakończeniem turnusu, razem z moimi stałymi towarzyszami z jadalni, wyszłam na spacer do parku. Rozmowa toczyła się leniwie. Trochę poznaliśmy się przez te niemal cztery tygodnie. W skład grupy wchodziła zakonnica, emerytowany inżynier budownictwa oraz nauczycielka. Byłam z nich najmłodsza, toteż traktowali mnie trochę jak córkę, co w zasadzie było miłe. Trafiłam na ludzi nie narzucających się, w dodatku każdy z nich miał swoje pasje. Ten pierwszy, bo niestety nie ostatni, pobyt w uzdrowisku w tym względzie był naprawdę wyjątkowy.
- A fuj!
To zakonnica pierwsza ich zauważyła. Jej bladą twarz oblał ognisty rumieniec. Nasze oczy szybko znalazły przyczynę szoku zakonnicy. Tuż za krzakiem bzu, dosłownie trzy metry od nas, stała kobieta z mężczyzną. Odchylała lekko głowę do tyłu, wydając z siebie zmysłowe jęki. Język jej partnera wędrował od jej piersi do ucha, od ucha do ust. O ile dźwięki wypływające z ust kobiety były przyjemnymi, o tyle widok liżącego ją gościa był obrzydliwy. Rzeczywiście – a fuj!
- Ja ją znam!
Wyjąkałam zaszokowana, gdy para zmieniła lekko swoje położenie. Miałam przed sobą zrozpaczoną rozstaniem z ukochanym mężem i synem kobietę z poczekalni. Przyznaję, szczęka opadła mi tak gwałtownie, że łoskot, jaki wydała musiał być słyszalny w całej okolicy. Kochanek owej pani był bardzo młody. Ot, może 20-25 lat. Podobnie jak techniką seksualną, tak i swoją urodą nie grzeszył. Ot, taka mała pokraka z grubym karkiem spalonym słońcem i wystającym brzuszkiem. Całości dopełniał tandetny łańcuch na szyi, którego blasku wstydziłaby się każda porządna krowa. Ona, kobieta po czterdziestce, zadbana, smukła, wyglądała przy nim, jak bogini. Przed oczami miałam twarz jej całkiem przystojnego męża. Gdy ze znajomymi usiedliśmy na ławkach stojących wokół fontanny szok powoli zaczął mijać. Ba, stwierdziłam, że może to wcale nie była ona. W końcu byłam już tak zmęczona pobytem w sanatorium i tęsknotą za domem, że może miałam jakieś zwidy.
- Ooo…
Na cichutkie westchnienie zakonnicy wszyscy poderwaliśmy głowy. Powolnym krokiem zbliżała się do nas para z krzaków. Chłopak wciąż natarczywie obśliniał kobietę (TĘ kobietę, niestety). Nie było mu łatwo, dzieliła go niemal dwudziestocentymetrowa różnica wzrostu od szyi kochanki. Więcej szczęścia miały jego krótkie rączki, które nachalnie ugniatały zgrabne pośladki kobiety.
Dzień, w którym opuszczaliśmy sanatorium, przypominał o tym, że życie zatacza ciągłe kręgi. Obowiązkowa wizyta u lekarza powtórnie skumulowała kolejkę. Czekając na Mężczyznę byłam świadkiem czułej sceny powitania kobiety z mężem i synem. Polały się łzy, komuś z piersi wyrwał się szloch szczęścia.
- A Ci znowu?!?
Nie zauważyłam, kiedy Mężczyzna przy mnie stanął. Chowając twarz w znajomym zagłębieniu szyi, szepnęłam:
- Ciekawe, czy on też za coś tak przeprasza…
- Co?
- Cii, opowiem Ci później.
Gdy w końcu wsiadałam do auta, z naprzeciwka mijał nas wolno jadący samochód. Siedziała w nim kobieta z poczekalni wraz z mężem, jako kierowcą. Nasze oczy się spotkały. Kiwnęłam w jej stronę głową, na do widzenia. Nie zareagowała. Zapinając pasy zastanawiałam się przez moment, czy owa kobieta naprawdę myśli, że świat jest na tyle ogromny, żeby na zawsze ukryć jej niewierność? To chyba niemożliwe, przecież nikt nie jest aż tak głupi…
Sporo czytania ale mężatki nie i żonaci nie."Tak ? a może jednak.
z internetu oczywiście.
