Jak zapowiedziałam.... tak zrobiłam
Ponoć od przybytku głowa nie boli
Nie masz nic - źle… masz – jeszcze gorzej. Tak to cholibka (jak to mawia przeurocza nasza sąsiadeczka Florcia) nigdy człekowi nie dogodzi.
Z tą „cholibką” to ja mam ciekawe skojarzenie… ja to tak już przesiąknęłam tą naszą kamienicą, że i język jakby mi trochę tak nasiąknął tym żargonem z przedmieść Szczecina. Żadnej tam ogłady… tylko cholerka i cholerka. A tu patrzaj pani… Florcia tak piknie cholibka… jako nic gdzieś tam po kądzieli przodek we dworze mieszkał. Chyba muszę poczytać co nieco z savoir vivre, bo to nie godzi przy tak kulturalnej osóbce wylatywać z tą moją nieokrzesaną ogładą, a raczej z jej brakiem.
Ale wracając do sedna, to wczoraj mieliśmy istną plagę kapuścianą, tak jakby znów hamerykańce nam stonkę zrzucili. Otóż Jasieniek na wiosnę zawiązał spółkę ze śwagrem, który w spadku po stryjku nabył działeczkę pod Szczecinem. Działeczka była niczego sobie… aże 10 arów. Jasieniek nafaszerowany marudzeniem Bigbenki, że to skażone, to z całą masą jakiś E … to modyfikowane i czort jeszcze wie co… więc Jasieniek postanowił ukrócić to ciągłe marudzenie i wpadł na pomysł własnej produkcji wszelkiego zielska, co to Bigbenka wkładała do gara.
Pomysł był, zapał a jakże… i to w dwójnasób. Pierwsze, że wreszcie Bigbenka przestanie Mu ciosać kołki na głowie… drugi o wiele ważniejszy. Wyjazdy na działeczkę oderwą Go od przebywania w czterech ścianach z wiecznie marudzącą Bigbenką i nie będzie musiał szukać żadnych wykrętów, by wyjść z domu. Baaa… powiem więcej. Sama Bigbenka zaczęła Jasieńka wypędzać na ową działeczkę. Tak więc chłopiny jak postanowili, tak też zrobili. Czego to tam nie zasadzili….. marcheweczka, pietruszka, selerki… buraczki… wszystko się wiosną zieleniło i o dziwo… nawet bujnęło, aż chłopiny do domów nie chcieli wracać, tylko by siedzieli na działeczce słuchając jak warzywka se rosną. Pewno i zbiór by był imponujący, ale jak to bywa w przyrodzie… klęski i plagi spadają na ten lud parający się ciężką pracą na roli. Tak to więc raz śwagier nie mógł pojechać na działeczkę, bo to zmogła bidoka jakaś choroba (pewnikiem katar, bo trzymało Go 7 dni)… a to Jasieniek zamiast pojechać na działeczkę poszedł w tango z Mariankiem… później obaj zapomnieli, że to dzień podlewania plonów rolnych…. a że tego lata w przyrodzie coś się poodwracało i zrobiło się nam greckie lato … to i warzywka podupadły na zdrowiu, by kiputnąć całkowicie. Nim chłopiny dotarli na działeczkę, wszelki plon padł pokotem… jeno ostała się kapusta. Tej coś upał wyszedł na zdrowie, bo rosła jak po oborniku wymieszanym z saletrą. Jesienią było tego całkiem sporawo… główki jako te piłki footballowe. Jakby była jakaś wystawa, jak nic Jasieniek ze śwagrem wrócili by z medalem. Ale wrócili z furmanką (pożyczoną od rolnika, co to też miał działeczkę nieopodal naszych chłopaków) załadowaną li tylko kapustą. Bigbenka oczywiście wydarła mordę… licząc na różnorodność plonów, a nie na cały wóz kapusty. I teraz zagwozdka, co robić?
Pół kamienicy krążyło wokół furmanki, pomysły sypały się jak gruszki z drzewa po pierwszych przymrozkach, wreszcie myśl. Kapustę trza ukisić i będzie jak znalazł na bigosik, tudzież suróweczki. Szkapina została przez śwagra odprowadzona do właściciela, ale co z wozem? Nikomu na razie kapuchy nie chciało się przenosić i magazynować w kamienicy. Jak nic wóz się zostawi na ulicy, przy nim wartę obywatelską, by żadne żule jej nie podiwaniły i póki nie zorganizuje się jakiejś beczki, co by tę kapustę ukisić… będzie spokojnie oczekiwała na owym wozie. Straż okazała się zbyteczna, bo jak dzielnicowy dowiedział się o naszej lokatorskiej manufakturze… za 5 litrów kiszonki obiecał podesłać radiowóz, co by ten nasz surowiec do przeróbki pilnował. Nie minęło pół godziny radiowóz na sygnale się zjawił, chłopaki dostali od Bigbenki termos z gorącą herbatką (Jasieniek chyłkiem okrasił ją prądem), Jadzieńka podrzuciła drożdżóweczki własnego wypieku i… mogliśmy w spokoju przystąpić do dalszego planu. Przy takim dozorze kapustka była bezpieczna.
Bigosik lubili wszyscy… bigosik był bodajże drugą potrawą po kaszance, która rozświetlała oczy Marianka. Dlatego też chłopina postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. A że ręce miał sporych rozmiarów, co by od tych 135 kilo nie odstawały…… to i szybko zorganizował co trzeba. Aż w podziw wpadliśmy, że Marianek tak zapałał do pracy, bo dotychczas tylko wyjście po piwo było Go w stanie tak szybko ruszyć z kamienicy. No ale widocznie i kapusta jakoś na Niego podziałała, bo już nazajutrz na swym wózeczku, co to nim woził makulaturę, przytachał sporych rozmiarów dębową beczułkę. A gdzie tam beczułkę… była to całkiem spora beka, co to ją w czterech chłopa przytachali do mieszkania Florci. Natachali się okrutnie, bo to 3 piętro, ale zgodnie orzekliśmy, że kisić kapustę będziemy u Florci, bo po pierwsze…. Florcia nadal niedysponowana, nie będzie kicała po kamienicy, by służyć pomocą, po drugie jak się zapisała na kiszonkę, to trza pomóc… po trzecie (i to przeważyło) mieszkanie Florci i tak nadaje się do remontu więc w razie czego … jakby przy tym kiszeniu jakiś wypadek czy co… wielkiej szkody w mieszkaniu i tak nie będzie… I chyba w czarną godzinę to wypowiedzieliśmy. Ale o tym później.
Przygotowania szły pełną parą… beczułkę pięknie wyszorowaliśmy, wyparzyliśmy… nowi znajomi w osobie Gosi, Cygany i Andrzejka (już nikt ANDY Go nie nazywał… przeszliśmy na bardziej patriotyczne i swojskie imię)…przytachali skądś szatkownicę (taką z prawdziwego zdarzenia, pokaźnych rozmiarów) i jako, że swój wkład wnieśli (swymi rencyma)… zostali dopisani do listy na kiszonkę.
Florcia mieszkanko ma pokaźnych rozmiarów, jak to w tych starych kamienicach bywa, ponadto pozbyliśmy się tego chybotliwego stoliczka, wazonu z habaziami i tej obskurnej lampy z czerwonym abażurem (za co Florcia szeptem mi serdecznie podziękowała), postawiliśmy beczkę w kącie i… do dzieła. Chłopaki przynieśli parę główek, zakasali rękawy i dalejże szatkować. Dziewczyny zwinnie skrobały marcheweczkę, sól stała sobie przy beczułce i… czas na najważniejsze etap w kiszeniu. Trza kapuścinę ubić… no a kto jak nie Marianek nadaje się do tego najlepiej? 135 kilo żywej wagi zrobi swoje, chłopina się zbytnio nie namęczy, tylko sobie podrepta… co przecie codziennie robi, łażąc za złomem.
2 godziny moczył nózie… na koniec zawinęliśmy je, dla większej higieny, w tę folię bąbelkową, co to sąsiadom została po tym marnym udawaniu wczasów w Grecji… kapucha, marcheweczka, sól do beki i wszyscy wpatrzeni w Marianka wstrzymaliśmy oddech. Nawet chłopaki powiedzieli, że nie lecą po następne główki kapusty, bo Oni muszą to zobaczyć. Pracujący Marianek, to widok nader rzadki. Jeden krok, drugi … przy wtórze pękających bąbelków Marianek hycnął do beczki. A upominaliśmy sirotę… ma wejść, to się nie słuchał. Jak hycnął, to ja nie wiem, ale beka się - jak to mawiają - rozpucła… czyli obręcz puściła, poleciała i dała mi w łeb, po drodze zahaczając jeszcze o Bigbenkę i Gosię… Marianek całą swą masą gruchnął na tapczanik, gdzie siedziała Florcia… a że gabaryty Marianek miał ponad 2 razy większe niż nasza sąsiadeczka, to i tapczanik tego nie wytrzymał. Rozpucnął się jako ta beczułka… Florcia razem z Mariankem pacła na podłogę… kapucha z marcheweczką latała po całym pokoju, bryzgając gdzie popadnie…. podniósł się wrzask… i na koniec dzielnicowy (a jakże, dozorował naszą chałupniczą działalność) donośnym głosem wrzasnął:
- mam to wszystko serdecznie w d….. pie jesteście poj……….. bani….. (cenzura, gdyby moderator czasami tu zaglądnął)… wymaszerował z mieszkania.
Cygana (też dołączyła do nas chcąc się załapać na kiszonkę), jedna z miej poszkodowanych, zadzwoniła po pogotowie, przyjechali, a jakże, zabrali 3 osoby … Florcia już kicać nie będzie, bo dość, że jedną nogę po wyczynach Jureczka ma pokiereszowaną, to teraz drugą Jej wstawili do gipsu, ja mam 12 szwów na czole, Bigbenka dostała klepką z beczułki i ma wstrząśnienie mózgu… Gosi się upiekło, bo tylko walnęło Ją przez plecy więc przez 3 dni łaziła jak paralityk….. panie wydłubują z włosów kapuchę i marchewkę, a panowie poleźli do Marianka i raczą się piwkami, co by nabrać odwagi, by stanąć przed damską częścią kamienicy. Nie wiem czy czasem dziś nie będą nocowali u Marianka, bo jak na razie to tylko słychać:
- Ja tę zakałę do chałupy nie wpuszczę
- Ta zaraza do mieszkania nie ma wstępu
- Ja tego pacana to prześwięcę
- Że też Bozia mnie taką pokraką pokarała
I tak dalej… epiteta leciały jako te liście z drzew jesienią…
Nocą zaś żule rozkradli kapustę z wozu, bo dzielnicowy wkurzony na nas odwołał radiowóz, nawet jakiś dowcipniś zdemontował dyszel i tyle było z kiszenia kapusty. Jeszcze musieliśmy zreperować wóz, co by w całości oddać go sąsiadowi śwagra.
I cholibka (zapożyczam od Florci, by też być elokwentną) to jak nic przyjdzie mi przygarnąć Florcię, bo remont tego Jej mieszkania to potrwa… oj potrwa. Jak nic wiosna nas zastanie. Trza chyba tym moim łóżeczkiem się podzielić, bo gdzie kobiecina nocki przekima?? Ona jak Ona……… ale Rolmo-psina??
Teraz to cała kamienica chodzi z bólem głowy… patrzeć na siebie nie możemy. I kto powiedział, że od przybytku głowa nie boli? Po jakie licho ta kapusta tak obrodziła?? Nie mogła paść razem z innym zielskiem??
A GIENIA, co to zerknęła wieczorem, co u nas się dzieje, zrobiła w tył zwrot i mamrocząc…… Sodoma i Gomora……… dała dyla …


