Z życia pewnej kamienicy :)
Proszę by każdy nowy wątek rozpoczynał się wierszem. Najlepiej by to był wiersz autora wątku, ewentualnie wiersz na temat sanatorium.
Uwaga! Jeśli wstawiacie czyjąś twórczość, pamiętajcie, że powinniście posiadać zgodę autora lub właściciela praw na publikację. To bardzo ważne.
Proszę też by nie tworzyć tu wątków, które bardziej pasują do działu "Na każdy temat". Niech ten dział będzie wyłącznie związany z twórczością sanatoryjnych poetów
Poza tym obowiązują wszystkie zasady z regulaminu ogólnego pisania postów na forum dostępnego tu viewtopic.php?t=10
- ANDY12345
- Super Kuracjusz

- Posty: 19816
- Na forum od: 26 maja 2018 11:42
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 3
- Podziękował: 4 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
- BozenaMat
- Super Kuracjusz

- Posty: 6417
- Na forum od: 24 lip 2018 18:32
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 2
- Podziękował: 6 razy
- Podziękowano: 43 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Nawet na kaszankę Go zaproszę ... czy niedzielny rosołek........
- BozenaMat
- Super Kuracjusz

- Posty: 6417
- Na forum od: 24 lip 2018 18:32
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 2
- Podziękował: 6 razy
- Podziękowano: 43 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
Niedzielne sialalala Marianka
Niedziela, liczyłam na spokój i odpoczynek, regenerację nadwątlonych sił po tych wszystkich ekscesach, co to ostatnio jakoś tak nagminnie bombardują naszą kamienicę… wręcz jak nalot Dywizjonu 303… Ci to choć krążyli, nim cel wypatrzyli… Bagatelka była atakowana znienacka, jak przez messerschmitty pikujące z jazgotem. Ale jednak dzielnie trwała i nawet te wszystkie zawieruchy nie ruszyły tej bryły z posad.
Tak więc tej niedzieli mój błogi sen został przerwany jakimś dziwnym dźwiękiem… nie pamiętam cóż to mi się śniło, ale chyba coś piknego… bo usilnie starałam się wrócić w senny błogostan… za nic nie chciałam ujrzeć tej naszej, może i nawet nie szarej rzeczywistości, ale jednak sen był ciekawszy. Słonko przebijające się przez przetarte zasłonki wydobywał z mojego mieszkanka wszelkie barwy. A to zieleń sałaty, co to smętnie leżała pod stolikiem… cholerka, zapomniałam, że miałam ją zanieść śwince Marysi (tej z drugiego piętra)… a to czerwoną jak te nasze maseczki plamę kechapu na ścianie, co mi bryzgła, jak z Gosią szybko wpinkalałyśmy paróweczki, co by nam Marianek nie podebrał… a słyszałyśmy Jego człapanie na schodach… Dzielić się lubiłyśmy, a i owszem, ale akurat tym razem miałyśmy li tylko 2 (słownie dwie) paróweczki, to jak nic… nie było się czym dzielić. A i tak zadowoliłyśmy się jedną, zjedzoną wspólnie, bo drugą porwała papuga i nijak było jej z dzioba wyrwać. Przy suficie (nie wiem skąd, ale chyba sąsiad znów zapomniał zakręcić wodę i jak nic zalała mu łazienkę, przeciekając na mój niedawno odmalowany sufit, tworząc szarą i powiększającą się plamę)…. szarość straszyła jak ta myszka, co kiedyś latała mi po mieszkaniu i 2 godziny stałam na stole, nim Jureczek przylazł i ją capnął. Wprawdzie najpierw to przyniósł Rademenesa, ale ten to nagminnie karmiony kaszanką, za czworonoga się nie brał. Łypnął tylko okiem, zakręcił się na pięcie (a cholera wie czy kot ma pięty, ale pokazał nam ogon i tyle było z jego pomocy). Jureczek własnymi rencyma, wspomagając sobie miotłą wygonił wreszcie myszorę z mieszkania i mogłam dalej wieść spokojne życie (o ile to było możliwe w Bagatelce).
Tak więc jakieś jazgoty wyrwały mnie z tego błogiego snu, otworzyłam zaspane oczęta… lezę w koszulinie do okna i co widzę? Nade mną.. z okna Gosi papuga jazgocze….. jestem macho, jestem macho… a z dołu wtóruje jej Ali… ja jestem macho, ja jestem macho. Już miałam im powiedzieć, by se porównali przyrodzenia, co by się okazało kto macho, a kto tylko się przechwala, alem w porę się opamiętała. Po pierwsze gdzie u papugi przyrodzenie? A po drugie o przyrodzeniu Alego wiedziałam tylko z opowieści Gieni (tak a propos to natura szczodrze Alego wyposażyła… nie sprawdzałam, ale Gieni widziała, a Jej wierzę) więc nijak mi było wyskakiwać z ową wiedzą. Zrezygnowana już miałam wracać do łózia, gdy następna zakała zakłóciła ten niedzielny poranek. Marianek narąbany jak perszing łaził w ten ziąb… no może z deczka przesadziłam, bo było 2 na plusie, ale dla mnie jak nic ziąb… więc łaził po oknami kamienicy i na cały głos wyśpiewywał…. „sialalalala”……… „i jeszcze jeden i jeszcze raz”… odziany chyba w tę kufajkę po wujku, pewnikiem znalezioną w tej stodole, co to w spadku odziedziczył. Jak nic był rozruch aparatury do pędzenia bimbru, a Marianek sponiewierał się degustacją i sądzę, że była to degustacja całkiem obfita. Cholerka… jak nic trza się ubrać, no może tylko na tę koszulinę zarzucę jakiś paltocik i trza mi zejść uciszyć chłopinę. Nie godzi się w dzień święty budzić luda o takiej barbarzyńskiej godzinie. Wprawdzie Marianek swoje „sialalala” zaczął punkt 11.25… ale jak na niedzielę, to zdecydowanie środek nocy. Założyłam se paltocik, okręciłam się wściekle różowym szaliczkiem i huzia… z błyskiem w oku, z żądzą mordu pędzę do drzwi, co by Marianka prześwięcić. No i o mało znów gleby bym nie zaliczyła. Marianek skulony na mojej wycieraczce, obraz nędzy i rozpaczy…. przytulający do swej obfitej klaty flaszeczkę… donośnie wszem i wobec obwieszczał, że se zległ…….. Jego „chrrr…. chrrr…. chrrrr” niosło się po całej klatce schodowej. No żal dupę ścisnął… i jakem wyleciała z mordem w oku, takem z matczyną czułością pochyliła się nad chłopiną i trącam… trącam Go, co by jak nie do siebie… bo to trza by było zejść to jedno piętro w dół…. to choć na moje łóżeczko gnaty ciepnął. A gdzie tam… jak już wspomniałam, Marianek jak zasnął, to Go nawet trąby jerychońskie nie zbudzą, onegdaj, to nawet ta kanonada, co to nieopodal naszej kamienicy na 22 lipca przez pół godziny grzmociła… nawet to Go nie obudziło. Marianek budził się tylko wtedy, gdy Jego organizm zaczął nadawać sygnał, że poziom chmielu zbliża się niebezpiecznie do dolnej granicy.
Nic to… na klatce ciepło, niech chłopina pośpi… a ja tymczasem nastawię rosołek, bo jak nic Marianek obudziwszy się po tej katorżniczej pracy nad destylacją trunku, wilka z kopytami zje. Kaszanki nie miałam, o wilku to nawet nie wspomnę, ale jakiś lichy kogucik w lodówce oczekiwał, by wskoczyć do gara. No to będzie rosołek… może Marianek z dobroci serca całego nie wychlepce i będę miała niedzielny obiadek.
Dziarsko wróciłam do mieszkania i podśpiewując…. sialalala……… nastawiłam rosołek, co by se pyrkał spokojnie…. sama zaś oddałam się zajęciom upiększającym, co by godnie przyjąć na obiedzie sponiewieranego Marianka.... czy raczej MaRiAnKa
-
forumowicz
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
noANDY12345 pisze: 02 gru 2018 13:26 nie róbcie Mariankowi mordobicia bo już "przeszedł" swoje, tak Bożenko![]()
![]()
![]()
![]()
-
forumowicz
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
jeśćBozenaMat pisze: 02 gru 2018 13:34 A gdzież ja bym śmiała tknąć Marianka......... toć to ostoja Bagatelki
Nawet na kaszankę Go zaproszę ... czy niedzielny rosołek........![]()
- BozenaMat
- Super Kuracjusz

- Posty: 6417
- Na forum od: 24 lip 2018 18:32
- Oddział NFZ: Małopolski
- Staż sanatoryjny: 2
- Podziękował: 6 razy
- Podziękowano: 43 razy
Re: Z życia pewnej kamienicy :)
A naści.......... ale nie siorbaj
Kufajkę zostawić w przedpokoju, do stołu się eligancko siada
Andrzej......... ale na chmielik, to MaRiAnEk chyba do Ciebie przylezie
