A jakże skąd ja to znam
Nigdy nie stałam "pod" drzwiami gdy otworzą stołówkę.Byłam gdzieś tam wśród ludzi gdy pewna pani przy moim stoliku już kończyła jeść zupę.Oczywiście nalewała z wazy tyle ile chciała .Dobrze że na zupę nie było limitu i mogłam podejść do okienka po uzupełnienie.Ale co myśleli o mnie inni kuracjusze widząc jak codziennie idę po zupę

Okropny żarłok -prawda ?
Takie podbieranie było tylko na obiedzie.Reszta posiłków była porcjowana.I całe szczęście .Chociaż pieczywo znikało w zaskakującym tempie.Zabierała z koszyczka tyle ile potrzebowała i układała na swoim talerzu.Nam zostawało kilka kawków chleba na 5 osób.Więc panowie z szarmancją chodzili uzupełniać koszyczek.Jej nic nie ruszało.
Kto był w Równicy wie jaki tabun ludzi idzie korytarzem by dostać się na stołówkę.
Zanim siadłam do stolika zupy już nie było.Jak owa pani skończyła jeść zupę przywieziono nam drugie danie.Wtedy ja zaczynałam zupę.Ona bez opamiętania nawrzucała na swój talerz 3/4 surówki z 6 porcji
Dobrze że ziemniaki i mięso było oddzielone od reszty i wzięła tylko swoje porcje.
Po tygodniu nie wytrzymałam i grzecznie -spokojnie zapytałam czy wie że surówka na talerzu jest dla 6 osób i powinna o tym pamiętać bo dla reszty nie zostaje już dodatku do obiadu.
I tak długo wytrzymałam.To był mój pierwszy wyjazd do sanatorium i chyba dlatego na początku nic nie mówiłam.Pozostałe osoby ze stolika komentowały jej zachowanie ,gdy już zjadła i wyszła.
Ja się odważyłam na rozmowę bo chyba i tak długo wytrzymałam.Ona była bardzo zdziwiona że zwróciłam jej uwagę...bo ma ochotę to bierze tyle ile chce.A ..jeszcze jedno -pani zabierała chlebek "na drogę" też z koszyczka
Masakra jakaś
Ale już się próbowała opanowywać w swojej zachłanności.Nauczyłam ową panią że "chlebek na drogę" może sobie wziąść ale z okienka gdzie dostanie ile chce.Bo raz czy dwa zabrała wszystko z koszyczka -część do spożycia na miejscu a drugą część ze sobą sobie naszykowała
Że też tacy ludzie są na świecie
