Witam. No, niestety muszę wtrącić swoje trzy grosze na temat tej niby rozpusty w sanatoriach. Też jeżdżę co roku tak pół na pół (jeden rok z przydziału, następny prywatnie). Przecież człowiek jest "zwierzęciem" stadnym. Kontakty międzyludzkie, to dla człowieka normalność. Czy Wy uważacie, że jak się gdziekolwiek samemu pojedzie, to trza być odludkiem, dzikusem jakimś? Z nikim nie pogadać, do nikogo się nie uśmiechnąć, z nikim nie pójść i wypić kawę, czy pospacerować, nawet potańczyć, bo takie zachowania od razu budzą podejrzenia o niemoralnym zachowaniu? Zwykle też miewam jedynkę, niektóre z poznanych osób też mają jedynki...ale w nich nic zdrożnego się nie dzieje! A śmiech za ścianą nie oznacza orgii. Ja nigdy nie oceniam ludzi pod kątem ich zachowań. Na wyjazdach sama chcę poznawać ludzi, tak panów, jak i panie. Chcę z nimi rozmawiać, spacerować, razem jechać na wycieczkę, pić kawę, śmiać się, żartować, tańczyć i pozostać w przyjaźni nie tylko podczas wspólnego pobytu w sanatorium. Czy to świadczy, iż jestem niemoralna? Sądzę, że na podstawie takich oto zachowań człek człeka tam osądza, zwłaszcza człek niekomunikatywny i rozgłasza te swoje niedorzeczne sądy z żalu, że nie potrafi się odnaleźć wśród obcych. A już najwięcej ploty rozsiewają ci, co nigdy nie byli w sanatorium, ot...na podstawie kawałów. Zgadzam się z sinobrodym...jeśli coś w trawie piszczy (nigdy się z tym nie spotkałam), to jest to nie margines, a marginesik. Pozdrawiam
PS. Poznawajcie jak najwięcej nowych ludzi, bo to wzbogaca i rozwija
