Aspołecznych sanatoryjnych zachowań - ciąg dalszy
Sytuacja miała miejsce już parę ładnych lat temu w dużym górskim pięknym ośrodku sanatoryjno-wypoczynkowym. Na tym turnusie rehabilitacyjnym przebywali rodzice i opiekunowie wraz z niepełnosprawnymi dziećmi. W naszej grupie najwięcej było dzieci z zespołem Dawna oraz chore na autyzm i padaczkę. Był też jeden Jasio z niepełnosprawnością sprzężoną, czyli po porażeniu mózgowym i wożony był na wózku przez opiekuna
W tym samym czasie w tym ośrodku trwał już normalny turnus z NFZ, czyli byli na nim ludzie chorzy, przeważnie starsi, lecz nie niepełnosprawni. Te dwie grupy turnusowe w zasadzie nie wchodziły sobie w drogę i tylko się mijaliśmy.
Jak zwykle miejscem newralgicznym okazała się sanatoryjna stołówka gdyż była dość duża i wszyscy goście mieli podawane posiłki w jednej turze. Oczywiście ta nasza grupa wprowadzała niezły hałas w jadalni i przyciągało to spojrzenia innych konsumentów w jadalni.
Po paru dniach "rozpoznania" nie były to już tylko spojrzenia, lecz również słowne uwagi i imienne zaczepki.
"Najlepsza" w takich zachowaniach była jedna starsza pani, która głośno wymawiała że tak dużo musi płacić za turnus z NFZ i jeszcze za to ma takie widoki jak na tego Jasia (słowa: po co to żyje? itp.). Wypowiadała się też jak źle się zachowują i jak ją denerwują te inne chore dzieci. Wymieniała głośno też kwotę, jaką musiała zapłacić za 3 tygodnie swojego turnusu dodając że niepełnosprawni jeżdżą za darmo na 2 tygodnie. Według niej to było niesprawiedliwe a nie znała prawdy niestety ile my płaciliśmy.
Oczywiście po kilku dniach wszystko musiało się skończyć interwencją i rozmową u dyrekcji pomiędzy szefową naszej grupy a tą starszą panią. Zapewne się domyślacie, że tamta pani została ostro upomniana przez dyrekcję i odsunięta od innych gości tego ośrodka. A na posiłki musiała przychodzić indywidualnie.
Co myślicie o tej całej sytuacji i czy czegoś Wam ona nie przypomina?